Jak co środę... JAKUB OLKIEWICZ #12

Na razie słuchanie tekstu działa na laptopie

Przerwa na kadrę od dłuższego czasu w moim życiu jest przede wszystkim momentem odpoczynku od rozczarowań, które napotykają mnie w trakcie wielkiej przygody, jaką jest kibicowanie Łódzkiemu Klubowi Sportowemu. Wiadomość o tym, że w 2026 roku jest przewidziana bardzo długa, aż 3-tygodniowa przerwa na całą serię meczów reprezentacyjnych znalazła mnie w środku bezdennej rozpaczy po starciu ŁKS-u z Pogonią Grodzisk Mazowiecki - i była niczym kojący balsam. Niemal miesiąc bez goryczy porażki, ale co jeszcze ważniejsze i bardziej istotne dla zdrowia - niemal miesiąc bez obgryzania paznokci gdzieś w klatce gości na końcu świata, niemal miesiąc bez naprzemiennego modlenia się o szybszy upływ czasu, gdy prowadzimy 1:0 i wolniejszy, gdy przegrywamy 1:2.

Gdybyście zapytali mnie wtedy, tuż po wielkiej wiktorii Piotra Stokowca, o futbol reprezentacyjny, prawdopodobnie prześcignąłbym Aleksandra Ceferina w zachwalaniu pomysłów europejskiej federacji. Stanąłbym w szranki z Giannim Infantino na to, kto wymyśli więcej synonimów słowa "wspaniały" opisując kolejny międzynarodowy gówno-turniej zapychający terminarze. Byłbym rzecznikiem prasowym każdej możliwej reprezentacyjnej głupoty, łącznie z pomysłem, by finały Mistrzostw Europy rozgrywać w dziesięciu różnych państwach, a mundial pomiędzy Toronto i Guadalajarą.

Ale ŁKS dawno nie grał, a przed przerwą na kadrę nawet wygrał, więc mogę napisać tak, jak jest: obecny format eliminacji Mistrzostw Świata w strefie UEFA to straszne gówno.

To o tyle dziwne i o tyle ciekawe, że przecież żyjemy w świecie wielkich zmian, burzenia porządku, który wydawał się nie tylko odwieczny, ale i wieczny. Wykonano spektakularny zamach na świętą ideę Ligi Mistrzów, Ligi Mistrzów Fergusona, Henry'ego, Ronaldinho, Materazziego i Eto'o, Ligę Mistrzów Gerrarda, Lamparda i Deco. Po raz pierwszy od zmiany nazwy Pucharu UEFA stworzono coś zupełnie nowego, dla zupełnie nowych - Liga Konferencji odpowiedziała w piękny sposób na rosnącą liczbę klubów przygotowanych na międzynarodową rywalizację, a jednak zbyt słabych, by dobić do tej ścisłej elity. Widmo Superligi na horyzoncie, a przy tym powtarzana jak mantra śpiewka o tym, że futbol musi czymś przyciągnąć młodych sprawił, że futbol stał się w ostatnich latach jednym wielkim laboratorium. Wprowadzono VAR, a wcześniej nawet najdoskonalszy wynalazek w historii cywilizacji ziemskiej, sędziów zabramkowych. Otwarto szerzej Mistrzostwa Europy, otwarto szerzej Mistrzostwa Świata. Liczne problemy, rzeczywiste i naciągane, zaczęły być taśmowo rozwiązywane czasem w rewolucyjny sposób.

Część pomysłów to strzały w dyszkę, by wymienić Ligę Konferencji czy poszerzenie Euro. Część to strzały w piątkę, może szóstkę - tu pewnie nowa Liga Mistrzów czy wciąż bardzo niedoskonały VAR. No i jest jeszcze ten pomysł na trwające eliminacje do Mistrzostw Świata w strefie UEFA.

Tak wąskie, 4-zespołowe grupy i jednocześnie tak skomplikowana ścieżka barażowa. Tak skromny zestaw meczów o stawkę, a jednocześnie premiowanie nie bezpośredniego grupowego starcia, ale goli nastrzelanych słabiakom. Te zasady stanowią zestaw błędnych odpowiedzi na pytania, które faktycznie urodził w ostatniej dekadzie futbol reprezentacyjny. Jeśli bowiem spojrzymy na całość z dystansem, tak jak staramy się obiektywnie traktować choćby Ligę Konferencji, zauważymy, że pewne ruchy wypadało podjąć.

Po pierwsze - coraz mniej jest reprezentacji jednoznacznie fatalnych, które przegrywają wszystko, zawsze i wszędzie, kilkoma golami. Najlepiej ten rozwój widać pewnie w przypadku Luksemburgu czy Wysp Owczych, ale chodzi również o łatwiejszy doskok do klasy średniej. Gruzja, Estonia, Finlandia czy Armenia mają zdecydowanie prostszą drogę do posiadania zawodników klasy europejskiej - świat zmienił się, a raczej skurczył się na tyle, że wszędzie jest dostęp do wiedzy, wszędzie zaglądają skauci z najmocniejszych klubów, wszędzie da się postawić pierwsze kilka kroków na drodze do Realu czy Bayernu. Oczywiście, są pewne stałe rzeczy - San Marino czy Andora. Są również zmiany, które można by określić jako jeden do jednego - upraszczając: coraz mocniejszych Mołdawian w roli chłopców do obijania zastąpili Łotysze.

Natomiast to wyrównanie poziomów jest widoczne. Jednocześnie jednak najbogatsi bogacą się najszybciej, najmocniejsi zbroją się w sposób najbardziej spektakularny. Do stołu przy którym zasiadają trzeci zespół Francji i zestaw angielskich dublerów mają problemy doskoczyć nawet mocne kraje z dużymi piłkarskimi tradycjami. Coraz trudniej jest pobić ekipę z tego europejskiego TOP 5. UEFA, przy wszystkich swoich wadach, pokazała, że jest w stanie w miarę trafnie diagnozować trendy w futbolu, a następnie dostoswywać swoje rozgrywki do tych trendów - i wcale nie chodzi wyłącznie o Ligę Konferencji, bo przecież i odświeżona Liga Europy to ukłon w stronę tych klubów z lig mocniejszych od europejskiego żwiru, ale wciąż zbyt słabych, by walczyć z Anglią czy Hiszpanią.

A w międzynarodowym futbolu? Kierunek zmian wydawał się jasny - zwiększyć liczbę starć środka ze środkiem, zwiększyć liczbę potencjalnych potknięć dla faworytów, jeśli chcą faktycznie jeździć regularnie na wielkie turnieje, to w meczach z Serbią, Polską czy Danią muszą grać najsilniejszymi składami, muszą się nagimnastykować, bo strata punktów może być wyjątkowo kosztowna. Ze swojej, polskiej perspektywy najlepiej czujemy różnicę w meczach przeciw Szkotom, Walijczykom, Szwedom czy innym ekipom z naszej półki a tymi rozgrywanymi albo ze słabeuszami pokroju Malty, albo mocarzami jak Francja. Oklepywanie kiepskich i wyłapywanie od najmocniejszych jest nudnawe - solą są właśnie starcia ekip o choćby zbliżonym potencjale.

Sprawdzam, jak to było 20 lat temu, eliminacje mundialu 2006. Hiszpania w barażach, bo potknęła się z Bośniakami, awans w grupie robi Serbia i Czarnogóra (wówczas jeszcze razem). Szwajcaria, Irlandia i jeszcze jedno państwo na I kończą grupę właściwie o krok za Francuzami - czwarte i pierwsze miejsce dzielą ledwie 3 punkty różnicy. Czesi walczą z Rumunami o baraż do ostatniej serii spotkań. Rzeźnia w grupie 2 to zasługa losowania, ale i tak robi wrażenie - Ukraina o dwa punkty przed Turcją, ci z punkcikiem przewagi nad Duńczykami, jeszcze jeden punkt i czwarta Grecja.

To oczywiście czysty cherrypicking, nie ma żadnej gwarancji, że mocarze w obecnych okolicznościach nie wygraliby swoich grup z kompletem zwycięstw i jednym remisem w ostatnim meczu granym rezerwowym składem ligowym. Natomiast chodzi o dostrzeganie pewnych trendów i reagowanie na nie regulaminem rozgrywek. Instynktownie czuć, że grupy z siedmioma czy ośmioma zespołami mogłyby w obecnej rzeczywistości piłkarskie (Czesi przegrywający z Farerami!) obfitować w takie multiligi, jakich nie powstydziłaby się I liga w latach dziewięćdziesiątych. Tymczasem zamiast tego kierunku - zwiększania liczby możliwych potknięć dla faworytów, zwiększania liczby atrakcyjnych meczów dwóch równych rywali - mamy odwrotność. Małe, krótkie grupy, gdzie w dodatku liczą się gole, sprawiają, że nawet w naszej piątce, gdzie doszło przecież do sensacyjnych wyników jak nasz remis z Holandią czy porażka z Finlandią, wszystko jest już właściwie jasne. Rozumiem zamysł z postawieniem akcentu na ścieżkę barażową, rozumiem, że to tam teraz ma się przenieść największe zainteresowanie, rozumiem, że mogą tam spaść nawet bardzo mocne ekipy.

Ale mimo wszystko brakuje mi twardej, zdecydowanej reakcji, takiej, jak stworzenie Ligi Konferencji. Konstruowaliśmy z Leszkiem kupony dla Betclica pod obecną przerwę na kadrę - w pojedynczych meczach udawało się znaleźć coś powyżej 1,70. Prawie wszędzie starcie gołej dupy z batem, prawie wszędzie pewniaki, gdzie nawet kursy na trzy, cztery gole różnicy nie były szalone. Jasne, zawsze jakaś Andora urwie punkty Łotwie, zawsze Serbowie zwariują, przeniosą prestiżowy mecz gdzieś na wieś i przerżną u siebie z Albanią. Ale to zwykłe, nieodłączne elementy futbolu, a nie przemyślana strategia układania rozgrywek.

Bo te, przynajmniej moim zdaniem i obserwując przebieg tych eliminacji, zostały ułożone po prostu bez elementarnej logiki. San Marino zmuszone do wysokiej porażki, by Rumunów wepchnąć do baraży i zająć ich miejsce w barażach via Liga Narodów? Nasze wyliczenia, czy 7:0 z Holandią wystarczy? Ale przede wszystkim - gigantyczna, sącząca się z każdej dziury nuda? Przegląd tematów dotyczących reprezentacji Polski to jedno, ale śledzę przecież też międzynarodowe nagłówki. Hitem tej przerwy jest szczur, który gdzieś tam wbiegł na boisko, no i polityczna zawierucha w Serbii, która zaowocowała haniebnym meczem przeciw Albanii - haniebnym, bo granym z dala od Belgradu, przyćmionym ich wewnętrznymi politycznymi sporami i awanturami. Może jeszcze kryzys Szwedów, absolutnie bezprecedensowy zjazd. Zresztą, post był tak ścisły, że w poszukiwaniu pożywienia musieliśmy się jarać kiepskim startem Ancelottiego w Brazylii oraz awansem na mundial Republiki Zielonego Przylądka.

Nie żądam, by Francuzi, Anglicy i Hiszpanie grali z opaskami na oczy, a Niemcy i Szwedzi w dodatku po każdym strzelonym golu musieli oddawać jeden zrabowany nam obraz. Nie chcę jakichś wyjątkowych udziwnień, nie pragnę, by futbol reprezentacyjny ratować za wszelką cenę, sprowadzać Harlem Globettrotters, by w przerwie dawali pokazy koszykówki. Ale nie róbmy z tego aż takiego obowiązku do odbębniania jak obecnie, nie róbmy z tego koniecznej przygrywki przed właściwą grą, która zacznie się w barażach. UEFA, wiem, że mnie czytasz, wsłuchaj się dokładnie w ten głos, bo Ligą Konferencji i wykluczeniem jednego ze zbrodniczych państw narobiłaś sporych nadziei, że czasem coś robisz nieźle. Teraz czas na dobry, przemyślany i atrakcyjny format eliminacji, no i wykluczenie drugiego zbrodniczego państwa, o co przecież dopomina się już pół świata.

Znamienne, że w sumie więcej wiary mam w dobry, przemyślany i atrakcyjny format eliminacji...

OGLĄDAJ TETRYKÓW NA KANALE TETRYCY
🏠 Wróć do strony głównej