Za siedmioma stadionami, za siedmioma najnowocześniejszymi centrami treningowymi w tej części Europy, za siedmioma maszynami do odśnieżania boisk była sobie szkoła. W szkole zaś trzech nauczycieli, z których każdy ukończył tę samą uczelnię pedagogiczną. Przyjaźnili się i mijali w pokoju nauczycielskim, co więcej, uczyli też tego samego przedmiotu. I choć tyle ich łączyło, każdy z nich miał zupełnie inne podejście do zadań, z jakimi wiązało się zarabianie w ich szlachetnym fachu.
Pierwszy z nich na studiach wysłuchiwał głównie klasyków, którzy byli zwolennikami stanowczości. Na jego lekcjach musiał panować bezwzględny porządek, wszyscy z kolei musieli stosować się do szeregu jasno rozpisanych zasad. Już na pierwszych zajęciach, w krótkich, bardzo konkretnych słowach, wyjaśniał podstawy nabywania wiedzy w klasie, którą on otwierał i do której on wchodził jako pierwszy, niczym przewodnik stada. Już od momentu zajmowania ławek, aż do końcowego dzwonka uczniowie mieli jasno wytyczone zadania, jasno postawione granice. Srogi belfer, ksywa "Hans", piłował swoich podopiecznych niemiłosiernie, natomiast szacunek zyskiwał nie tylko za sprawą strachu przed konsekwencjami złamania zasad.
"Hans" był bowiem przy tym bezlitośnie sprawiedliwy. Nie było u niego pupilków, faworytów, nie było dzielenia na słabszych i mocniejszych, na bogatszych i biedniejszych, na sprytniejszych i ociężałych. "Hans" wszystkich traktował z równą troską o wykształcenie i wychowanie, częściej ganił niż chwalił, ale też pochwała z jego ust wybrzmiewała najdobitniej. Uczniowie oczywiście narzekali na niego praktycznie bezustannie, ale też z problemami wychowawczymi z korytarzy szkolnych udawali się właśnie do niego - pewni sprawiedliwego osądu, pewni szybkiego i stanowczego rozwiązania sytuacji, z bezbłędnym rozstrzygnięciem winy. Po latach wspominali: kosa, ale coś tam z tych lekcji wyniosłem.
Jego totalnym zaprzeczeniem był "Marley", wyluzowany nauczyciel z dredami, który częściej niż Johna Locke'a czytywał Rousseau. Jego lekcje bardziej przypominały klub dyskusyjny niż tradycyjną szkołę z ławkami, kredą, tablicą i dyżurnym biegającym zmoczyć gąbkę. Uczniowie siadali tam, gdzie mieli ochotę, "Marley" zresztą podobnie, często zajmując miejsce z tyłu i biernie obserwując, jak uczniowie samodzielnie dyskutują na wcześniej podrzucony temat. Oceny stosował w ostateczności - wolał indywidualnie omówić z każdym uczniem jego mocne i słabe strony, często zresztą totalnie poza wyznaczonymi przez dyrekcję terminami.
Kto nie chciał się uczyć i uczestniczyć w lekcji - miał po prostu nie przeszkadzać, prześlizgiwał się do kolejnych klas, nieniepokojony przez "Marleya". Pakt o nieagresji z klasowymi bandziorami śmigał bez zarzutu - oni mieli święty spokój, a "Marley" spokojnie prowadził przez morza wiedzy garstkę śmiałków, którzy demokratycznie wybrali go sobie na kapitana. Po latach dla części był ulubionym nauczycielem, który oferował nie tylko wiedzę, ale też pasję i krytyczny stosunek do rzeczywistości. Inni, ci którzy wchodzili z nim w deal dotyczący wzajemnego omijania się na korytarzach, ledwo pamiętali, że "Marley" w ogóle istniał.
Trzeci koleżka miał najbardziej belferski wizerunek - twardy dziennik w łapie, zawsze ten sam zestaw, marynarka i sztruksy. Już od pierwszej lekcji zapowiadał z grubsza to samo, co "Hans". Twarde zasady, ciężka praca, u mnie nie będzie słodyczy, u mnie będzie tylko krew, pot i wiele łez, które docenicie po latach. U nikogo się tak nie zapierdala, jak się u mnie zapierdala - nawet jeśli o tym nie wspominał przez wzgląd na wizerunek stuprocentowego profesjonalisty, to całą swoją sylwetką manifestował właśnie takie podejście. Sęk w tym, że po kilku pierwszych dniach, gdy klasowe bandziory zaczęły sprawdzać jego podejście, szybko w systemie znalazły się dziury.
Zamiast zapowiadanego porządku, na lekcjach panował chaos, często bywało głośniej niż u "Marleya". Zamiast deklarowanych kar, surowości, wielkiego poszanowania dla zasad, odbywało się regularne forowanie - a to ulubieńców, a to tych, którzy już wyczuli, że wbrew deklaracjom ten ostry belfer jest po prostu miękki. Z każdym tygodniem sfera pomiędzy początkowymi deklaracjami a zastaną rzeczywistością się zwiększała - a tracili na tym uczniowie, i ci chętni do nauki, których lekcje roztrzaskiwały się o gwar klasowych zgrywusów, i ci, którzy najchętniej w ogóle omijaliby klasę.
Obserwując od wielu, wielu lat rynek edukacji, ale też rynek szkoleniowy w kilku sportach z piłką nożną na czele, mam wrażenie, że nie ma żadnych złotych środków, nie ma żadnych recept na wszystko, nie ma żadnych klarownych instrukcji, które definitywnie rozstrzygałyby jak należy uczyć, jak należy przekazywać wiedzę. Nie chodzi tylko o dzieciaków, ale też o tych starych cwaniaczków w A-klasowych szatniach, o tych pewnych siebie dryblasów z koszykarskiego Anwilu Włocławek i te delikatne tenisistki, które tak łatwo urazić niewłaściwym komunikatem. Oczywiście gdzieś na dwóch końcach skali są dwie skrajności, które niekoniecznie muszą być dobre (ale niekoniecznie też muszą być złe!). Pewnie nie należy przesadnie tyrać swoich podopiecznych - ale przecież dopiero co doszliśmy do wniosku po lekturze książki Sebastiana Staszewskiego, że głównie przesadnym tyraniem wszystkich dookoła Robert Lewandowski zdołał wdrapać się na szczyt. Pewnie nie należy za mocno popuszczać - ale przecież mundial wygrała Francja Didiera Deschampsa, która na początku fazy pucharowej zrobiła takie party w hotelu, że trzeba było cały budynek ewakuować.
Gdybym miał wysnuwać jakieś daleko idące wnioski, to - jak każdy, kto już zdążył wyrosnąć z neofickiego idealizmu - postawiłbym na jeden, dość uniwersalny. Pozostań autentyczny. Niezależnie od tego, czy dzieciaki, odpowiadający przed tobą piłkarze czy podlegający ci skauci będą nazywać cię "Srogim Helmutem" czy jednak "Luźnym Bobem", pozostań autentyczny. Im dłużej jestem w tym fachu (rany, zaraz pyknie piętnaście lat od pierwszych praktyk w szkole), tym bardziej widzę jak różne charaktery, jak różne metody mogą trafić do uczniów, zawodników czy ogółem: podopiecznych. Znałem i trenowałem u szkoleniowców, uczyłem się u wykładowców, którzy nie trzymali żadnych zasad, terminów, nie oferowali żadnej podręcznikowej wiedzy, nie trzymali dyscypliny i nie weryfikowali stanu wiedzy. A jednak wynosiłem z ich zajęć mnóstwo cennych doświadczeń. Ale znałem i trenowałem też u katów, na których narzekało pół szatni, byłem świadkiem paru prób przewrotu pałacowego, gdy katorżnicze treningi doprowadzały zawodników na granicę buntu. I od nich też sporo się nauczyłem, u nich też się rozwinąłem.
Widziałem już później, jako nauczyciel, trener czy dziennikarz, zarówno "kosy", jak i "lajtowców". Sam zresztą trochę żartowałem, że w paru klubach to stały motyw, za każdego "lajtowego" Jana Urbana musi potem przyjść "żołnierz" Ojrzyński, by potem znowu "żołnierza" Ojrzyńskiego zastępować trenerem-kolegą pokroju Roberta Kolendowicza. Co więcej - widziałem drużyny, u których działał trener-kolega, widziałem drużyny, które trenera-kolegę mieliły na placki.
Nie widziałem jedynie drużyny, w której działałaby ewidentna jazda na farmazonie, w któej działałoby na dłuższą metę zwyczajnie okłamywanie całego świata. Jeśli na początku tworzysz sobie wizerunek pozbawionego litości arbitra, który bez mrugnięcia okiem odstawi od składu największą gwiazdę, jeśli ta zbyt wolno podejdzie do pressingu w meczu sparingowym, to się tego trzymaj. Bo jeśli kreujesz się na Sędziego Dredda, a potem boisz się skrytykować któregoś piłkarza, bo potrzebujesz jego umiejętności - reszta to wyczuje. Jeśli kreujesz się na pełnego dystansu ziomeczka, który nie widzi problemu w wyjściu z piłkarzami na miasto , trzymaj się tego. Bo jeśli potem pierwszy pobiegniesz do kibiców narzekać, że futboliści źle się prowadzą, szatnia ci tego nie zapomni.
Zresztą, odnoszę się do szatni, ale czy to nie jest czasem reguła, którą można przenieść w dowolne warunki? Szef, który zapewnia, że wszyscy tkwimy w tym razem po uszy, dlatego musimy jeszcze wytrzymać kilka nocy ciągłej pracy porwie za sobą tłumy, jeśli sam będzie tymi nocami donosił kawę. Ale jeśli po płomiennej przemowie, że teraz musimy zacisnąć zęby, zacząć oszczędzać i pracować więcej, wyleci na miesiąc do Gwatemali - pracownicy nie pójdą za nim nie tylko w ogień, ale nawet po prostu, w kierunku realizacji swoich zadań.
Czy nawiązuję do Marka Papszuna w Rakowie Częstochowa, który stoi przed niespotykanie trudnym zadaniem przekonania piłkarzy, że warto walczyć dla Rakowa, a nie, nie wiem, dla Legii? Trochę tak, ale przecież nie on pierwszy i pewnie nie on ostatni. To, że w Rakowie wydaje się już kompletnie spalony, to jedna sprawa. Mówią o tym bardzo barwnie i wprost zarówno Wojciech Kowalczyk, jak i Zbigniew Boniek, więc uznaję sprawę za rozstrzygniętą. Piłkarze Rakowa już wiedzą, że te gadki z szatni o wkładaniu w każdy trening całego siebie, gadki o tym, że liczy się wyłącznie dobro Rakowa, można włożyć między bajki.
Ale Marek Papszun przecież dalej będzie trenerem. Raczej pewnie nie zmieni swojego warsztatu - nadal będzie cholernie wymagający, nadal nie będzie znosił sprzeciwu, nadal będzie jechał z bumelantami i wyróżniał pracowitych, pożytecznych, uginających się do jego planu na drużynę i klub. Ale czy będzie w tym wszystkim autentyczny dla swoich nowych podopiecznych? Czy nie spytają go w krytycznej chwili: trenerze, a nie uciekniesz teraz do Panamy, jak się pojawi pierwsza lepsza oferta? Czy nie mrukną pod nosem "bo co, bo nas też zostawisz jak Raków"?
Pamiętam piłkarzy Podbeskidzia, którzy obrazili się na trenera, który zlekceważył półfinał Pucharu Polski, żeby ratować ligę - i do końca jego kadencji nie potrafili o tym zapomnieć. Pamiętam piłkarzy Lecha, którzy byli oburzeni, że są zmobilizowani na Podbeskidzie, podczas gdy w Lizbonie w europejskich pucharach grają dublerzy. I też trener już z tego kryzysu się nie dźwignął. Niczego nie sugeruję, niczego nie przewiduję, Marek Papszun to za duże nazwisko, niezależnie od tego, czy wyląduje w Legii, Norwich, Slavii Praga, czy też pozostanie w Rakowie.
Ale jako pedagog, trener, nauczyciel, dyrektor czy inny szef, niewiele może cię spotkać w robocie gorszych rzeczy niż utrata autentyczności. To była jedyna siła "Hansa" i "Marleya", nawet jeśli ich metody miały wady i nie były do końca zgodne ze sztuką.
Ta moneta jest zbyt cenna, by ją rozmieniać.