Jak co środę... JAKUB OLKIEWICZ #19

Jestem w związku ze słowem mniej więcej od 2007 roku, gdy dość nieporadnie opisałem fenomen łódzkiego zespołu rapowego Afront na łamach portalu hip-hop.pl.

Jestem w związku z Polską od 1994 roku, gdy według rodzinnych opowieści chwyciłem się za biodra, głęboko westchnąłem i zakomunikowałem skonsternowanej familii, że "ech, znowu jutro do roboty", po chwili tłumacząc, że przecież przedszkole to w sumie też taka jakby robota.

I do Polski, i do słowa żywię bardzo głębokie i chyba też dość dojrzałe uczucie, które bez wątpienia ewoluowało na przestrzeni lat.

Z natury jestem dość konserwatywny, błyskawicznie przyzwyczajam się do zastanego porządku i opornie reaguję na próby jakichkolwiek zmian. Im bliższa, im bardziej prywatna sprawa, tym ten konserwatyzm silniejszy, mniej skory do zawierania kompromisów. Być może jestem w stanie jeszcze zaakceptować jakieś globalne zmiany, zmianę liczby województw, albo zmianę ustroju. Ale już zmiana ustawienia ikon na pulpicie laptopa, albo co gorsza zmiana ustawienia długopisów w mojej kasetce na długopisy (nie wspominając o przesunięciu gdzieś samej kasetki!) rośnie w moich oczach do miana krwiożerczej rewolucji, bezlitośnie pożerającej stary ład, jakże przeze mnie ukochany, jakże przeze mnie ceniony.

Jak już sobie wybrałem osiedle, to na nim siedzę trzydzieści lat, jak już wybrałem ulubione hobby, to się nim zajmuję czwartą dekadę, uwielbiam jeździć na wakacje w miejsca, które już odwiedziłem, nic mnie nie cieszy bardziej niż dwa tygodnie z rzędu, podczas których każdy dzień wygląda dokładnie tak samo jak poprzednik sprzed siedmiu dni. Spokój, stabilizacja i wiara, że jutro będzie bardzo podobne do wczoraj - to są rzeczy, które budzą moją ekscytację, które sprawiają, że już sama myśl o nich wywołuje na moim ciele przyjemne ciarki.

Na przestrzeni ostatnich pięciu lat poglądy zmieniłem pewnie w dwóch, maksymalnie trzech kwestiach, na przestrzeni ostatnich piętnastu lat - może dobilibyśmy do dziesięciu, przy czym pewnie raz byłaby to zmiana podwójna, najpierw niezdrowa fascynacja światem nowych technologii w grach komputerowych, by potem powrócić do sceptycyzmu wobec zdobyczy techniki. I Baldur's Gate'a 2.

Ten wstęp jest konieczny, by zaznaczyć - naprawdę rzadko coś się u mnie zmienia. Najświeższy przykład to seria Red Alert. Jako dziecko zagrywałem się oczywiście w drugą część, do znudzenia przechodząc kampanię Aliantów, postrzymując Rosjan, a potem też jednostki Yuriego. Dziś, już bez tak mocnych ograniczeń finansowych i związanych z dostępnością, zakupiłem całą serię, za stówkę od Red Alerta 1, aż po te wszystkie najnowsze części. Ograłem jedynkę. Ograłem dwójkę i dodatek. Trójkę włączyłem i wyłączyłem. Widziałem, że jest nowsza, fajniejsza, efektowniejsza, że jest trójwymiar i ciekawa historia. Ale to nie jest Red Alert 2, którego ja znałem, do którego się przyzwyczaiłem.

A jednak, mimo tych oczywistych skrzywień, moje uczucie do Polski i do słowa faktycznie rozwijało się, rozbudowywało, wzbogacało o pewne gwiazdki, podpunkty i przypisy. Przeszliśmy razem przez okres młodzieńczej fascynacji, gdy wydawało się, że razem we troje - ja, słowo i Polska - jesteśmy w stanie przenosić góry. Potem oczywiście nastąpiło delikatne rozczarowanie, gdy w tym trójkącie zaczęliśmy się nawzajem zawodzić, gdy nie spełnialiśmy wzajemnie naszych oczekiwań. Polska z pewnością nie mogła mnie pokochać, bo też nie było za bardzo za co, słowo nie mogło być ze mnie dumne, bo pani polonistka na maturze ustnej powiedziała wyraźnie: stać cię na więcej. Ale i ja odczuwałem rosnące niezadowolenie z niektórych wad, jakimi bez wątpienia legitymowały się w tamtym czasie i Polska, i słowo.

Ale wytrzymaliśmy. Nie doszło do żadnych efektownych rozwodów, nie doszło do karczemnych awantur, do rzucania w siebie talerzami - co byłoby szczególnie nieprzyjemne, gdyby za broń miotaną sięgnęła Polska, a to ja byłbym celem. Uczucie chyba tylko się umocniło, uczucie chyba jedynie scementowało relację. Relację, która raczej nie przypominała już szczenięcego idealizowania ukochanej partnerki, ale pełną opiekuńczości wyrozumiałość dla tej drugiej strony. Słowo zrozumiało, że ni chuja, nie napiszę ani jednego dłuższego tekstu bez wulgaryzmu, a mimo to pozwoliło mi na sobie zarabiać. Polska chyba zrozumiała, że nie będzie ze mnie żadnego wartościowego syna, ponad zwykłego zjadacza chleba z szynką - i też nie miała o to większych pretensji. A i ja pogodziłem się, że nie zawsze samo słowo wystarczy, by się obronić, że czasem, a nawet coraz częściej potrzebna jest też kamera, specjalista SEO oraz chwytliwy tytuł. Jeszcze głębsze i jeszcze mocniej skupione wokół wyrozumiałości stało się uczucie wiążące mnie z Polską, albo nawet z polskością.

Zaznaczam i wyznaję: nigdy nie wstydziłem się rzeczy, których wstydziła się cała rzesza moich znajomych. Ani klapki w sandałach, ani reklamówki z popularnej sieci, ani nawet owacje dla pilotów po wylądowaniu - nic nie budziło mojej żenady. Pewnie dlatego, że w liceum widziałem zachowanie paru Hiszpanów czy Portugalczyków z Erasmusa i ogółem już rzadko wówczas odczuwałem kompleksy - dzieła dopełnił jakiś czas później raper Ten Typ Mes, przekonując, że przecież nasi dresiarze czytali w życiu dokładnie tyle samo książek, co surfer Kenny z kalifornijskiej plaży. Z czasem jednak brak wstydu zaczął przeradzać się w delikatną sympatię, a jeszcze później - szczery podziw. Komórki i piwnice, które czasem wydawały mi się trochę przypałowe na tle garaży znanych z amerykańskich filmów, stały się miejscem, w którym swobodnie oddycham. Wypady na grzyby, które nie stanowiły atrakcyjnej kontry dla wielkomiejskich rozrywek, zaczęły rosnąć i pęcznieć, aż stały się wydarzeniem, na które szczerze czekam już w połowie wakacji. Nerki pana parkingowego, jak szyderczo określali ten element garderoby moi kumple, u mnie stały się przede wszystkim poręcznym futerałem na wszystkie potrzebne rzeczy - i totalnie nie ruszało mnie, że modniejsza część moich znajomych forsowała dla mnie pseudonim "sprzedawca dywanów".

Jak już się zwierzałem przy okazji 11 listopada - pokochać Polskę jest dość łatwo, trochę trudniej pokochać też całą polskość, łącznie z tymi absolutnie najzwyklejszymi rzeczami, łącznie z tym, że w każdym najmniejszym sklepie da się zapłacić kartą i że na każdej najmniejszej ulicy da się wypatrzyć jakiś kebab.

Wtedy w moje życie jak zawsze wkroczył Leszek Milewski, który od wielu lat pełni rolę człowieka wypychającego moją łódź na jakieś nieznane wody. Leszek powiedział: mam pomysł na książkę, artefakty polskie, artefakty polskości, rzeczy tak doskonale nasze, że warte felietonu. Pomyślałem - o kurde blade, ale doskonały pomysł, a może bym ci z tym pomógł?

Od razu wpadł mi do głowy pilot do telewizora. Jakże potężny artefakt, kiedyś można nim było rządzić całą rodzinę, dziś już trochę zapomniany i przykurzony, jak rzeczywista moc tych monarchów, którzy jeszcze się w Europie utrzymują na tronach. Wziąłem i napisałem. Leszek powiedział: gitara siema, fajne.

Potem przerzucaliśmy się tekstami, co zaczęło się jeszcze w czasach naszej pracy dla Goala. Potem straciliśmy robotę.

Jak się traci robotę, trzeba być bardzo ostrożnym - można przez przypadek zostać jazzmanem, albo pisarzem. Dzięki waszemu wsparciu, dzięki naszym sponsorom, którzy też przecież przyszli do nas z uwagi na was, naszych widzów i czytelników - mieliśmy trochę wolnego czasu. Więc zaczęliśmy pisać, z tym, jak sądzę, dojrzałem uczuciem dla Polski i próbą uszanowania języka polskiego.

Powstało łącznie 29 felietonów, Leszek napisał piętnaście, ja czternaście. To podróż przez czasy i miejsca, to poszukiwania sensu w piwnicy i na pawlaczu, spacerowanie na grzybach i na działce, rozmowy z wujasem i nad grillem. Gdybym miał to jakoś streścić, to musiałbym polegać na naszym trzecim wspólniku, Matim: w sumie o niczym, ale fajne.

Chyba takie w sumie miało być. Miało być o tym, co znamy, co jest naszą codziennością - a czy jest coś potężniejszego niż codzienność, czy jest coś bardziej godnego uwagi niż codzienność? Na, nie wiem, wielkie mecze piłkarskie czy ogromne uroczystości rodzinne zwracamy uwagę od razu - ale raz na kilka miesięcy. A poczciwa kapota jest z nami od poniedziałku do niedzieli. To jej się należy uwaga, jej, Pegasusowi, kartonowi, na którym mierzyliśmy dżinsy na bazarku czy na rynku.

Nie wiem, czy to dobra książka, czy interesująca, czy warta zachodu i 42 złotych ( tak jak 42 to kierunkowy do naszego miasta). Wiem, że to piętnaście kapitalnych felietonów Leszka i czternaście prób jakiegoś skonsumowania mojego wieloletniego związku ze słowem i z Polską. Bez budowania wielkiego czekoladowego pomnika, ale i bez szydzenia z przywar, bez wpadania w przekonanie, że tylko my, Polacy, jesteśmy najlepsi (chociaż obiektywnie: jesteśmy), ale i bez krytykowania na oślep. To chyba po prostu książka o nas - zwykłych Polakach z niezwykłymi artefaktami w ekwipunku.

Będzie nam oczywiście miło, jak ją kupicie, jeszcze milej, jeśli przeczytacie. Możecie też pisać na naszego maila, np.: hej, bardzo mi się podobała i nie szkodzi, że dopiero 15 grudnia rusza wysyłka. Dla Leszka wprawdzie ani wieczory autorskie, ani targi książki to nie pierwszyzna, ale ja jeszcze odczuwam stres debiutanta - każde słowo otuchy potraktuję jako honor, przynajmniej taki jak zaproszenie na działkę, a może nawet na grylla.

No i co? Miłego czytania. Może odnajdziecie tam też cząstkę siebie, albo chociaż swojego uczucia do ulubionego dyskontu.