Jednym z moich ulubionych żartów nawarstwiających się jest towarzyszące wielu transferom szydercze wyolbrzymianie słów nowego piłkarza o potędze swojego nowego klubu. Często siódmy zespół ligi czeskiej staje się w tych przemowach bardzo interesującym projektem, którego sufit sięga nawet dalekich faz europejskich pucharów. Natomiast samo podkręcanie zasług nowego pracodawcy często jest od razu łączone z wyrazami wielkiego sentymentu, opartego o wieloletnie śledzenie losów drużyny X.
- Odkąd tylko pamiętam w mojej rodzinnej Fortalezie niedzielne popołudnia spędzało się przed radioodbiornikiem. Gdy starsi koledzy nasłuchiwali wieści o meczach Sao Paulo czy Flamengo, ja czekałem wyłącznie na moment, gdy reporterzy zaczynali omawianie lig zagranicznych. Z utęsknieniem czekałem, aż wreszcie wystartuje segment Championship, bo tam wówczas występowało moje ukochane Luton Town - przekonuje Bernardo Luiz da Silva Reglamento, brazylijski pomocnik wyciągnięty z rezerw Cruzeiro.
Tak, w tym momencie pada zawsze pytanie o plakat nad łóżkiem, a w ślad za tym pytaniem idzie odpowiedź: trudno mi teraz przypomnieć sobie jednego konkretnego piłkarza Luton, byłem fanem całego zespołu, a poza tym kochałem w ogóle Anglię, więc szczególne miejsce w sercu miał u mnie też Kleberson.
"Plakat nad łóżkiem" teraz już praktycznie nie występuje w przyrodzie, piłkarze, trenerzy czy działacze zdają sobie sprawę, że to zbyt często odtwarzana klisza, by po raz kolejny po nią sięgnąć. Czasem jeszcze Alvaro Morata sięgnie do swojej przepastnej szafy ze wspomnieniami i wspomni, że obok plakatu Diego Simeone z Atletico, Fernando Morientesa z Realu, Tore Andre Flo z Chelsea, Alessandro Del Piero z Juventusu i Christiana Vieriego z Milanu, miał jeszcze małe zdjęcie Tommaso Rocchiego w barwach Como. Ale generalnie każdy wie: sięganie po najprostszy wytrych do serca kibica, po ściemę o tym, że od dziecka śledziło się losy... *spogląda w notatki* Guingamp, nie działa już na nikogo, a zwłaszcza na kibiców, wyczulonych na tego typu nostalgiczne wspominki.
Z podobną podejrzliwością patrzy się nawet na wychowanków, na ich rzekome przywiązanie i wieczną miłość do klubu - bo przecież tak naprawdę ogromna część z nich w dzisiejszych czasach do akademii trafia jako 12-letni czy 14-letni młody mężczyzna, często z już ukształtowanymi sympatiami klubowymi. Oczywiście, dysponujemy wyjątkami jak Robert Gumny czy Mateusz Skrzypczak, ludzie z kibolskich rodzin, którzy klub mieli w sercu od najmłodszych lat, ba, jest nawet Kozubal, który mimo gry dla Beniaminka Krosno faktycznie marzył o "Kolejorzu" (albo przynajmniej nieźle to udawał, rozpisując się o Lechu Poznań w jednej ze szkolnych kartkówek). Generalnie jednak przywiązanie i sentymenty pozostały tam, gdzie discman, kasety VHS i Jugosławia: w zamierzchłej przeszłości.
Piłka nożna stała się gigantycznym biznesem, ale to jeszcze nie do końca napędziło zamknięcie rozdziału o romantycznych historiach herosów walczących o honor klubu swojego miasta, swojej dzielnicy, przez pełne 25 lat swojej kariery. Równie ważnym katalizatorem zmian była "tenisizacja" - czyli postępujące profesjonalizowanie futbolu już na najniższych szczeblach futbolu młodzieżowego. Dzieciaki jeszcze nie do końca potrafią wiązać sznurowadła, a już zwiedziły trzy kluby, zawsze migrując w poszukiwaniu lepszego środowiska rozwojowego, lepszych kolegów, trenerów, większej rywalizacji i możliwości. Często 10-latków wyrywa się z 20-tysięcznych miasteczek do miast wojewódzkich. Stamtąd wylatują dwa czy trzy lata później, jeśli nie do bursy dużej akademii, to do jakiejś "przejściówki", skąd już docelowo, w tryby machiny dorosłego futbolu. Przywiązanie zaczyna tutaj przypominać NBA - może i miałeś jakieś ulubione zespoły w formie plakatu nad łóżkiem, ale tak naprawdę zazwyczaj twoim ulubionym zespołem był ten, który dawał ci największe możliwości.
Całe szczęście nie było tu żadnej terapii szokowej, bo gdyby z czasów Ajaksu Amsterdam w finale Ligi Mistrzów płynnie przejść do procesu sagi transferowej Kyliana Mbappe odchodzącego z PSG (zapadły chyba nawet jakieś świeże wyroki!), organizmy fanatycznych kibiców mogłyby tego nie przeżyć. Odchodzenie świata "na zawsze razem", pogrzeb tych naiwnych marzeń o piłkarzach, którzy tuż nad sercem tatuują sobie klubowy herb, a na plecach niosą dumę miasta, został rozłożony na dobre dwadzieścia czy trzydzieści lat. Złudzeń pozbawiano nas systematycznie i konsekwentnie, ale powoli. Ba, my, kibice, też przecież przeszliśmy długą drogę w tym samym kierunku, co nasi kochani idole na murawie. Wystarczy spojrzeć na komentarze dotyczące udanych występów wychowanków klubowej akademii - coraz rzadziej snute są wizje wspólnych sukcesów i podróży przez życie w tych świętych barwach - częściej padają kwoty, które klub może na nich zarobić przy sprzedaży w optymalnym momencie.
Pamiętam zresztą zdumienie na twarzy jednego ze znajomych, gdy w okresie wzmożonego zainteresowania Aleksandrem Bobkiem, ogromnie utalentowanym bramkarzem ŁKS-u Łódź, urodzonym w naszym mieście i wychowanym w szkole na naszej dzielnicy, wypaliłem, że ja bym wolał go widzieć dalej w naszej bramce. Wielu już przeliczało sumy transferowe, wielu zastanawiało się, czy Olek poradzi sobie w Serie A, czy jednak rozsądniej będzie stworzyć mu trampolinę w postaci jakiegoś klubu z Belgii czy Austrii. Ja trzymałem kciuki, by został: zagrał najpierw 150., potem 200., a z czasem może i pięćsetny mecz w biało-czerwono-białych barwach. Ale ja jeszcze mam w sobie trochę z dinozaura, jeszcze nie całkiem wyginęliśmy, jeszcze nie pozamykano nas w rezerwatach. Czas zresztą pokazał, że dla klubu rozsądniej było Olka wtedy sprzedać, bo dziś realny jest scenariusz, w którym ŁKS nie zobaczy za jednego ze swoich najbardziej utalentowanych wychowanków ostatnich lat nie tyle milionów euro, co choćby czegokolwiek ponad ekwiwalent.
Mamy więc piłkarzy, którzy już wiedza, że nie ma gry na sentymentach, że ona nie ma sensu. Mamy wychowanków, którzy gdzie indziej się urodzili, gdzie indziej rozpoczęli piłkarską drogę, w jeszcze kolejnym miejscu nauczyli się grać w piłkę, a w czwartym dopiero debiutowali w seniorach. Tacy nawet nie wiedzą chyba, do czego powinni czuć jakikolwiek sentyment. Mamy kibiców, którzy są wyjątkowo wyczuleni na każdą ściemę, a ponadto w wychowankach widzą banknoty, a nie bohaterów.
Stare dziady z wydziaranym wielkim "LUTON TOWN TILL I DIE" gdzieś na bicepsie mają właściwie jedną drogę ucieczki - Football Managera, gdzie przejmują sobie swój ukochany klub, choćby gnił w najniższych ligach, i doprowadzają do triumfów w Lidze Mistrzów, często latami korzystając z tych samych zawodników, zasługujących po czasie na miano legend.
Dziś stare dziady dostają jeszcze ostatniego mohikikanina, ostatnią nadzieję piłkarskiego serca w świecie zdominowanym przez piłkarski rozum. Dostają Marka Papszuna w Legii Warszawa.
Cała operacja ściągnięcia jednego z najlepszych polskich trenerów, człowieka przymierzanego w ostatnich latach nie tylko do reprezentacji Polski, ale też licznych klubów zagranicznych, to jedna wielka wojna z rozumem. To jeden wielki zryw serca, ku histerii pragmatyków, ku załamaniu matematyków i analityków.
Marek Papszun zamienia bowiem czwarty klub Ekstraklasy na przedostatni. Marek Papszun zamienia trzecią siłę Ligi Konferencji na zespół, który odpadł z niej na kolejkę przed końcem fazy grupowej, aktualnie plasuje się 27 pozycji niżej. Trener Papszun zamienia Raków, przygotowujący się do kolejnego grubego okienka transferowego, gdzie Michał Świerczewski ewidentnie nie dotarł do kresu swoich możliwości, wręcz przeciwnie - wciąż dokręca śrubki w maszynerii chodzącej od paru lat na bardzo wysokich obrotach. I zamienia ten Raków na Legię, gdzie najgrubsze okno już pewnie za nimi - koszty i konsekwencje mogą się ciągnąć latami, a rozrzutność pozwoliła na zakup piłkarzy, którzy odpadli z Pucharu Polski i Ligi Konferencji oraz raczej definitywnie przerżnęli szansę na mistrzostwo.
Zamienianie Michała Świerczewskiego na Dariusza Mioduskiego w ogóle wydaje się posunięciem szalonym, niezależnie od tego, jakimi klubami obaj zarządzają oraz w jakim miejscu znajdują się obecnie obie drużyny. Ale idzie przecież za tym coś więcej - Legia to też dość toksyczne środowisko, o czym ostatnio pisał Łukasz Olkowicz, a co w sumie też widzimy po ruchach wokół Goncalo Feio czy Czesława Michniewicza, ale przecież i takiego fachowca jak Kosta Runjaic. Ultrasi Legii drugi raz przekładają swoje urodziny, zawieszony bojkot zmienia się właściwie w oficjalny bunt, frekwencja spadła na tyle, że trudno nawet sięgać po argument atmosfery przy Łazienkowskiej - w zwyczajnych czasach pewnie najlepszej w Polsce.
A przecież jest jeszcze aspekt czasu. Marek Papszun w listopadzie, gdy zaczynała się cała jego saga transferowa, mógł jeszcze wierzyć, że to zespoły o zbliżonych potencjałach, kluby o podobnych celach, że cały czas mogą się spotkać w ćwierćfinale Ligi Konferencji oraz w tabeli późną wiosną, gdy będą rywalizować o kolejność na podium. Ale w międzyczasie Raków wygrał wszystko, a Legia Astiza wszystko przegrała. W międzyczasie pojawiały się kolejne ściezki honorowego wybrnięcia z sytuacji - przecież poza Legią nikt nie miałby do Papszuna pretensji, gdyby ten się na koniec jesieni wycofał - bo przecież nie pisał się na przejmowanie klubu w strefie spadkowej, bez wiosny w Europie. Ale Papszun nie skorzystał z planu B, Marek Papszun przez cały ten okres nie wyglądał na gościa, który zwątpi - choćby Legia była ostatnia, choćby Raków zimował jako lider.
Nie ma za tym wszystkim pół logicznego argumentu.
Ale jest plakat Leszka Pisza nad łóżkiem. Jest własne miejsce na sektorach stadionu przy Łazienkowskiej, które zawsze Papszun pokazywał Petraskowi przy okazji meczów Rakowa w stolicy. Jest licznik wyjazdowy, są znajomi, którzy Legię mają wytatuowaną na skórze, jest szkoła, w której sprawdzał klasówki dziesiątkom kibiców Legii. Jest wielkie miasto wciąż żyjące tym wciąż wielkim klubem, z wciąż wielkimi szansami, by jeszcze wrócić do grona mocnych i możnych.
Jest to serce, którego z każdej strony coraz mniej. Jest ten fanatyczny sposób widzenia piłki zarezerwowany tylko dla dinozaurów i fanatyków z trybun. Jest coś, czego dawno w rodzimym futbolu nie było, jest układ równań, szczegółowo rozpisany na kartce, który Papszun zamiast rozwiązywać pogniótł i zjadł, jak przystało na warszawskiego Antka z Legią w sercu.
Styl rozstania to jedno, ocena samej sagi transferowej, słów trenera, konferencji, sposobu załatwiania kolejnych spraw wokół przenosin - to wszystko opisywaliśmy na bieżąco, sam wyrażałem swoje rozczarowanie dość aroganckim wyjazdem z miejsca, które tak naprawdę stworzyło Marka Papszuna jako trenera.
Ale zamiana Ferrari na dużego fiata tylko dlatego, że w dzieciństwie takim jeździło się na wakacje nad Zegrze? Na to stać tylko ludzi, dla których literatura wykształciła fenomenalny zwrot: "do szaleństwa zakochanych".
Nie wiem, jak to się skończy i czy czasem "do szaleństwa zakochanie" nie jest podlane gwiazdorskim kontraktem wraz z wyjątkową, właściwie bezprecedensową decyzyjnością. Na ten moment widzę tylko prawdziwego fanatyka, który zdobył się na coraz rzadszy w futbolu ruch: poświęcenie wielkich rzeczy w imię własnego fanatyzmu.
Głupio za takich nie trzymać kciuków.