Jeżeli chodzi o dziennikarstwo sportowe, łatwo już było. I nie chodzi tym razem o rewolucję sztucznej inteligencji, która z pewnością zastąpi każdą z osób pracujących w słowie, obrazie i dźwięku, nie chodzi o automatyzację. Nie chodzi o fakt, że wszyscy staniemy się więźniami nieznanych algorytmów o nieznanym działaniu, profilujacych dla nas treści nieznanego pochodzenia i nieznanej wartości. Te wszystkie zagrożenia, choć bardzo ważne, ostatecznie zakończą się dla nas w sposób bolesny, ale nie tragiczny.
Ot, stracimy robotę. Trzeba będzie się przebranżowić, zapracować na chleb w jakiś inny, bardziej fizyczny sposób, a pisanie, tworzenie muzyki, komentarzy, żarty, dowcipy oraz angedoty pozostawić komuś bardziej zaawansowanemu, bardziej niezawodnemu, komuś, kto nigdy nie śpi, nigdy się nie myli i nigdy nie potrzebuje wziąć natrysku pomiędzy oglądaniem siódmego meczu Ekstraklasy i czwartego Premier League.
Takie rzeczy się dzieją i się działy już wcześniej - pamiętam, jak prezenterzy telewizyjni żartowali z radiowców, twórcy internetowi z redaktorów gazet, miłośnicy płyt CD z tych, którzy zostali przy winylu. Wszyscy spotkamy się w jednym urzędzie i dalej będziemy sobie żartować, tylko teraz role się trochę odwrócą - radiowcy już wcześniej przyzwyczaili się, że radio robi się w ramach hobby, a nie głównej działalności zawodowej.
Natomiast: to nie będzie taki wielki dramat, jednak inne zawody miewały bardziej bolesne transformacje, by wspomnieć choćby o naszych babciach, włókniarkach z Łodzi. Wyzwaniem będzie coś innego.
Powoli zaczynamy bowiem ze świata polskiej piłki nożnej tracić najbardziej wdzięcznego, najbardziej popularnego i ponadczasowego bohatera: oczywistego winowajcę, niepodważalny czarny charakter, złoczyńcę, zasługującego wyłącznie na srogą i zasłużoną karę. Z horyzontu powoli znika - być może w tempie jeszcze szybszym, niż tempo rozwoju AI - klub-kukułka. Klub-mem. Klub-farsa, klub-ananas i co tu jeszcze sobie tylko wymyślimy. Nie chodzi o jakiś konkretny, nie chodzi o ŁKS Łódź, który spadał z Ekstraklasy, bo naiwnie myślał, że po przeprowadzeniu 8 piłkarzy z III ligi do elity uda się jeszcze nimi ugrać co najmniej podium. Nie chodzi o Zagłębie Sosnowiec, które po fatalnej jesieni wpadło w zakupowy szał i w tej malignie ściągnęło nawet Martina Totha. Nie chodzi o tę czy inną spadającą Białą Gwiazdę, ani nawet o Bruk-Bet, wiecznie robiący awans z nadzieją wniesienia świeżości i wiecznie odbijający się od twardej ściany oczywistych ograniczeń 700-osobowej wioski.
Chodzi o to, że w zastraszającym tempie topnieje liczba klubów, których "nie będzie żal". Ileż to razy pisaliśmy, mówiliśmy, ileż to razy nagrywaliśmy, a nawet śpiewaliśmy: faworyt do mistrzostwa Polski przegrywa wyścig żółwi, nie jest nam go nawet żal, bo tyle razy po prostu sfrajerzył, że tytuł dla Piasta Gliwice jest w pelni zasłużony. Ileż to razy prychaliśmy: niech oni już spadną, bo nie da się patrzeć na ich grę, stadion, machinacje finansowe, wieczne struganie wariata, potężne zaległości w pensjach. Ileż to razy wreszcie ktoś odpalał najgrubsze działa: a niech gniją w tej I lidze dalej, skoro nie potrafią utrzymać przewagi nad trzecim miejscem w jakże trudnej rundzie wiosennej.
Negatywnymi bohaterami historii było przynajmniej pół ligi, a każdy kolejny sezon w ligach szczebla centralnego przynosił nam nowe "szwarccharaktery". Raz to był faktycznie potężny klub, przed sezonem przymierzany nawet do dubletu, ale po drodze gubiący punkty, zwlekający ze wzmocnieniami, żonglujący trenerami, zatrudniający amatorów. Legia Jozaka. Lech, który nie potrafił reinwestować środków ze sprzedanych wychowanków. Lechia, której zabrakło mocniejszego szarpnięcia w końcówce, by powalczyć o mistrzostwo w sezonie rajdu Lecha, Jagi, Legii i gdańszczan właśnie.
Ale przecież w rolę czarnego charakteru wcielali się też ci, którzy z ligi spadali, albo psim swędem się w niej utrzymywali. Jeśli zimą stawiali wszystko na jedną kartę, ściągając tych wszystkich Durmisich, Mammadovów i tym podobnych zawodników - gubili sympatię, a spadek i tak się im zdarzał. Jeśli byli spokojni i wytrwali, jak Miedź Dominika Nowaka, spotykały ich zarzuty o to, że oddają walkę walkowerem. Zresztą, nie oszukujmy się: w ostatnich latach było też sporo spadkowiczów, których żegnano z ulgą. Górnik Łęczna nie do końca tu pasował. Sandecja Nowy Sącz grająca a to w Mielcu, a to w Niecieczy, też nie wyglądała zbyt poważnie. ŁKS z jedną trybuną. Ruch w ogóle bez żadnej własnej trybuny. Mimo wszystko Bruk-Bet, który po prostu obiektywnie ma trudności ze zdobyciem czyichkolwiek serc.
Mało? No to zostały jeszcze czarne charaktery w środku I ligi. Ci, którzy do Ekstraklasy bardzo by chcieli, ale robią trzy rewolucje informatyczne w jednej rundzie. Albo zatrudniają Ariela Galeano. Albo kłócą się z własnymi kibicami. Albo sprzedają najmocniejszych piłkarzy do Ekstraklasy i są szczerze zadziwieni, że wiosną awans wymyka się z rąk. Albo przepłacają 35-letnich serbskich defensywnych pomocników. Tu można wymieniać naprawdę długo, lista niemal się nie kończy. Łączy ich wszystkich jedno: na koniec sezonu można spokojnie wskazać palcem i z niesmakiem napisać tekst: bardzo dobrze, że do Ekstraklasy awansowali inni.
Moje rozumienie dziennikarstwa jest oparte na wieloletnim obcowaniu z tym fachem w wielu różnych rolach, od prostego czytelnika i słuchacza, do redaktora naczelnego sporego portalu internetowego. Dziennikarstwo to jest narzekanie. Dziennikarstwo to jest skrzywiony grymas i stękanie, że łeee, beee, meee, to wszystko powinno wyglądać inaczej. Być dziennikarzem, to inaczej być gotowym, by zagrzmieć, że TAK NIE MOŻE BYĆ, NO PANOWIE, być dziennikarzem to mieć pod ręką poręczny kij na każdy amatorski zarządzany klub, na każdego dyletanta w roli dyrektora sportowego, na każdego trenera-hochsztaplera.
W tym sensie dziennikarstwo może powoli ginąć. Jak zwykle otwierające oczy zdanie wypowiedział do mnie Leszek Milewski we wczorajszym poranku: może się zdarzyć tak, że z ligi spadnie dobra drużyna. Taka zupełnie prosta rzecz, a jednak - jakże nieoczekiwana. Za nami przecież kolejka wybitna, kolejka, którą będziemy pewnie wspominać nie tyle do końca sezonu, co jeszcze przez parę lat. W Meczykach Damian Smyk, redaktor portalu Tetrycy, zaczął omawianie meczu Lecha z Rakowem od dywagacji na temat tego, czy to tylko mecz sezonu, czy w ogóle ostatnich czterech, pięciu lat. Mistrz kontra wicemistrz. Oba zespoły z topu tabeli. Uczestnicy 1/8 finału Ligi Konferencji, którzy od lat wzmacniają się praktycznie w każdym oknie transferowym. Dwie jakościowe ekipy, godny obiekt i wsparcie kibiców. 4:3. Zmiany wyniku, dramaturgia, piękne bramki i piętka w doliczonym czasie gry. Oglądasz i mówisz sobie: gdyby to był film z Hollywood, to jedna z tych ekip wygra wszystko.
A może być tak, że to Raków i Lech będą "tymi złymi". Jeśli mistrzostwo zdobędzie Jagiellonia czy Zagłębie Lubin, Widzew lub Wisła Płock, nikt nie będzie pamiętał o cholernie intensywnym i dobrym 4:3 na początku marca. To Raków i Lech będą stały pod pręgierzem, gdzie tłum będzie miotał pomidory i zarzuty: "trzeba było się bardziej wzmocnić zimą", "utraty punktów na jesieni zaważyły na losach mistrzostwa" oraz oczywiście "z tym budżetem Siemieniec zrobiłby tryplet".
Zaryzykuję, bo przecież i Lech, i Raków mogą jeszcze wszystko spartolić, może się okazać, że łatka rozczarowania będzie zasłużona. Ale na tu i teraz? Na pierwsze dni marca, gdy okienko jest już za nami, ale widzimy też, jaką jakość potrafią prezentować na murawie poszczególne ekipy? Gdy Legia czy Lech przegrywały mistrzostwo z Piastem, panowały złote late dziennikarstwa - narzekaliśmy sobie, szydziliśmy, robiliśmy tak zwane jajcury, wszyscy się świetnie bawili dworując z Goliatów, których poskładał budżet miasta Gliwice i Waldemar Fornalik. Ale na ten moment trudno mi sobie wyobrazić, bym miał z Lecha czy Rakowa szydzić, niezależnie od końcowych rozstrzygnięć w tym sezonie. Zrobili dużo, bardzo dużo, by walczyć o mistrzostwo coraz silniejszej ligi. Być może się nie uda, ale by wtedy płonąć w furii, że TAK NIE MOŻE BYĆ? Cóż, z dzisiejszej perspektywy już czuję: to będzie niesprawiedliwe.
A na dole jest przecież podobnie. Tak, w teorii moglibyśmy wsiąść na Widzew czy Legię, ale one akurat z ligi nie spadną, nie przy takim stężeniu piłkarskiego talentu w składzie. Zresztą, nawet zakładając, że spadnie któryś z nich - to ledwie 1/3 spadkowiczów. Dołóżmy Bruk-Bet, za którym zawsze trudno tęsknić. Kto domknie tercet? Arka? Arka mało zrobiła, by się utrzymać, Szwarga mało zrobił? A co z błędami sędziowskimi, które też będą wymieniane jako jedna z przyczyn ewentualnego spadku. Motor Lublin? Motor Lublin Mateusza Stolarskiego? Nie miałbym serca narzekać na Motor Lublin Mateusza Stolarskiego.
Wisła Płock? Nie no, Wisła Płock raczej nie spadnie, ale nawet jeśli, to przecież nie moglibyśmy nagle przestawić się z trybu "Misiura następcą Urbana" do "może za niego jednak Vuković na ostatnie pięć kolejek".
I na górze, i na dole, będą w tym sezonie przegrani w oczywisty sposób, będą kluby, którym sezon się wysypie, które będą odmieniać przez wszystkie przypadki słowa "klęska", "porażka", "wnioski". W tercecie Lech, Jaga, Raków jest tylko jeden mistrz. Na dole jest aż trzech spadkowiczów. A przecież jest jeszcze I liga. Co zrobiła źle Wieczysta? Za co zganić Polonię Warszawa? Gdzie szukać haków na GKS Tychy, który zatrudnił 9 nowych zawodników z mocnym CV i dołożył trenera, ulubieńca dziennikarzy, a i tak zmierza po spadek? W I lidze też porażkę mogą zaliczyć kluby i drużyny, gdzie w teorii bardzo wiele rzeczy się zgadzało, gdzie bardzo wiele rzeczy zrobiono dobrze, zgodnie ze sztuką i zachętami ekspertów lub dziennikarzy.
Oczywiście, będziemy biadolić, będziemy utyskiwać, będziemy przekonani, że gdzieś po drodze popełniono błędy. Ale w tym sezonie to nie będzie w pełni szczere, bo faktycznie, dużo złych rzeczy przydarzy się po prostu mądrze zarządzanym organizacjom. Dużo bólu i cierpienia przyjmą ci, którzy nie szczędzili grosza, którzy starali się dochowywać wierności podręcznikom "Budowa mocnego klubu piłkarskiego, wydanie rozszerzone".
Gdy myślę o tej Legii przegrywającej mistrzostwo z Piastem, o Lechu jadącym do Lizbony Dejewskim, o spadkach Zagłębia Sosnowiec, ŁKS-u, Miedzi Legnica i Sandecji - wtedy dopiero widzę, jak długą drogę przebyliśmy, jak wielki skok zaliczyła cała liga, jak bardzo hasła o "TOP 15 z widokami na TOP 10" to nie tylko rankingowe fantomy, ale po prostu - odbicie rzeczywistości, coraz bardziej poukładanej, coraz bardziej barwnej.
Biadolenie, krytykowanie i bycie niezadowolonym, może niedługo utracić autentyczność.
A przecież my nic innego nie umiemy. Trzeba będzie sobie jakoś inaczej radzić.
Może z pomocą AI.