Pietuszewskomania przeszła najśmielsze oczekiwania. Co więcej - sam powoli daję się jej porwać, regularnie sprawdzam, ile tym razem goli nastrzelał Manchesterowi United w Lidze Mistrzów i jak wiele płaczących małych fanów Sportingu i Benfiki zdążył już wyleczyć z miłości do futbolu. Oskar Pietuszewski ma wszystko, by być tym wyczekiwanym przez nas od dwóch tysięcy lat mesjaszem polskiego futbolu.
Zacznijmy od rzeczy widocznych na pierwszy rzut oka: nazwisko niby normalne, ale trochę dziwne, brakuje tam przecież litery "r". To przykuwa uwagę, to z miejsca sprawia, że zdajesz sobie sprawę: mam do czynienia z kimś niebanalnym, lepiej wytężę wzrok i uważniej posłucham. Do tego Oskar Pietuszewski ma 17 lat. Pośród wszystkich zalet, które może posiadać człowiek, posiadanie 17 lat jest bardzo wysoko na liście tych najbardziej pożądanych - spytajcie każdego, kto skończył 35. Imię Oskar też ma długie piłkarskie tradycje - wszyscy pamiętamy Oskara Zawadę, a jeśli nawet nie pamiętamy Oskara Zawady, to pamiętamy drugiego Oskara Zawadę, bo było ich dwóch (przy okazji dodam, że Łukasz Zjawiński nie jest Łukaszem Zwolińskim i odwrotnie).
Do tego chłopak sprawia wrażenie sympatycznego, wychował się w Jagiellonii Białystok, a więc nie jest obciążony szczególną antypatią ani warszawskiej, ani wielkopolskiej części Polski. Ładnie pokazał się w europejskich pucharach w polskim zespole - to o tyle istotne, że wraz z meczami kadry to właśnie spotkania polskich klubów w Lidze Konferencji są tymi, które najpilniej śledzą Polacy spoza naszej ekstraklasowej banieczki. No i wisienka na torcie. Viral z Otamendim. Zgruzowanie mistrza świata o tyle istotne, że nazwisko Otamendi znają starsi kibice piłki nożnej, a ci młodsi widzą, że rzecz dzieje się w lidze portugalskiej, w starciu dwóch wielkich, utytułowanych i szanowanych ekip.
Mesjasz jak się patrzy. I dlatego doskonale rozumiem wypowiedzi i selekcjonera Jana Urbana, i kapitana reprezentacji, Roberta Lewandowskiego, którzy niemal zgodnym głosem apelują: spokojnie z tą niedzielą palmową, odłóżcie na razie kwiaty, to tylko szalenie utalentowany 17-latek, który dopiero może stać się zbawicielem.
Dlaczego uważam, że zachowanie choćby szczątkowego spokoju, jakichś strzępków pozorów, że nie jesteśmy podjarani na maksa Pietuszewskim, jest wskazane? Najkrócej rzecz ujmując - właśnie historia niedoszłych mesjaszy nas tego uczy. Gdy czeka się na przyjście kogoś bardzo ważnego przez wiele tysięcy lat, po jakimś czasie pragnienie ujrzenia tego wyczekiwanego gościa jest tak mocne, że zaczyna nam zakrzywiać rzeczywistość. Najpierw dopatrujemy się cech zbawiciela u zwykłych proroków, którzy może i coś tam potrafią, ale z pewnością nie są TYM, NA KTÓREGO CZEKAMY. Czas jednak mija, my nadal bez wodza i przewodnika, zaczynamy sobie wmawiać, że TYM, NA KTÓREGO CZEKAMY jest już nie jakiś utalentowany prorok, ale dowolny przechodzień, który akurat zwrócił naszą uwagę. Im większa posucha, im większy głód, tym łatwiej uznać tombak za czyste, szczere złoto. Na totalnej dryblerskiej plaży polskiej piłki, byliśmy o krok, by zastąpić Kamila Grosickiego jakimś małolatem z Liverpoolu, który w rozgrywkwach U-21 przeszedł dwóch rywali na pełnym biegu.
To jest pierwsza i najważniejsza sprawa - zbyt wiele razy wierzyliśmy, by potem śledzić jedynie historię kontuzji albo kiepskich decyzji transferowych. Zbyt wiele razy witaliśmy palmami, by tydzień później... Cóż, poszukiwać innego idola, choćby i Barabasza.
Od razu ustalmy: moim zdaniem niewiele w tym winy dziennikarzy. Niektórzy oskarżycielsko wskazują nas palcem i narzekają: zrobiliście z Mateusza Musiałowskiego "polskiego Messiego", więc nic dziwnego, że chłop uwierzył w swoją moc i ostatecznie zakotwiczył gdzieś w FK Nigdzievac Górny. Ale to niestety nie jest takie proste, co zresztą dobitnie pokazuje Oskar Pietuszewski. Skala jego talentu i umiejętności jest tak duża, że dziennikarze nie muszą niczego podkręcać, nie muszą odpalać żadnych fajerwerków - ot, spokojnie opisują jego sytuację, jako 17-latek rozkochuje w sobie Porto, jako 17-latek gruzuje mistrza świata. To suche informacje, ale faktycznie - takie, które brzmią jak "pompowanie balonika". Czy byłoby jednak inaczej, gdybyśmy nie pisali wcale? Młody piłkarz jest narażony na eksplozję sodówki nie dlatego, że Przegląd Sportowy napisze o nim czołówkowy tekst - młody piłkarz raczej nie idzie do kiosku po gazetę jeszcze przed porannym spacerem z psem. Największe przeskoki, największe susy nad przepaścią widzi przecież na swoim koncie bankowym. Na tym, jak zmienia się stosunek do niego u osób z zewnętrznego świata. Jak, czasem ledwo zauważalne, ale jednak - zmiany w zachowaniu obejmują nawet najbliższych.
To nie tytuł tego czy innego portalu - to telefon od kolegi, którego nie widział od 7 lat, który potrzebuje pożyczyć dwie stówki, a przecież Pan Piłkarz na pewno ma. To zawahanie brata, gdy przychodzi do płacenia za wspólny obiad, za który zawsze płacili po połowie. To maślany wzrok osób, które niedawno nie zwracały na niego uwagi, a dziś marzą o tym, by przespacerować się w tym blasku, jaki roztacza. To pełna skrzynka na Facebooku i Instagramie, to telefony z nieznanych numerów.
Nikogo nie winię - to jest normalne i naturalne, co więcej - to też ulega skalowaniu. Widzę niemal codziennie, jak rosną młodzi piłkarze wchodzący do seniorskiej piłki, otrzymujący pierwsze kontrakty, kupujący pierwsze auta, zabierający dziewczyny już nie do budki z kebsem, ale jakiejś wykwintnej restauracji z owocami morza. Życie się zmienia bardzo dynamicznie - a przecież ja obserwuję piłkarzy z Łodzi i okolic, z Warszawy, z klubów Ekstraklasy, I i II ligi. Pietuszewski tymczasem jest już sześć poziomów wyżej - również pod względem zarobków.
Świat wokół niego pędzi i wiruje w niewyobrażalny sposób - nawet jeśli grono najbliższych, agent, otoczenie, próbują tworzyć dla niego bańkę, by nie zwariował. Tego się zupełnie wyłączyć nie da, szczególnie, że zmiana zachowania na nadopiekuńczą troskę to nadal zmiana zachowania. Nadal część wielkiej rewolucji, która dzieje się wokół młodego chłopaka.
Co więcej - gość ma nadal 17 lat.
Mało osób może w to uwierzyć z dzisiejszej perspektywy, ale ja też kiedyś miałem 17 lat. Też wiedziałem, co jest dobre, a co złe, co może pomóc, a co może zaszkodzić. Co trzeba zrobić, żeby zbudować sobie lepszą przyszłość, a czego nie robić, żeby w niedzielę nie żałować aż tak mocno. Byłem dość mądry i dość dojrzały jak na swój wiek. A nadal robiłem błędy, choć przecież pole do rozczarowania kogokolwiek miałem o wiele węższe niż Oskar czy nawet mniej utalentowani młodzi piłkarze. Nie sugeruję, że każdy 17-latek ma w głowie siano i trociny, takie jak miał 17-letni redaktor Olkiewicz. Sugeruję jedynie, że ogółem dla 17-latka otwiera się świat rzeczy wcześniej niedostępnych albo ograniczanych. A dla 17-latka, który razem z dojrzewaniem dobił do świata magii, o którym marzył od dziecka?
Natomiast to wszystko są jakieś didaskalia związane z życiem - a kto przegrał kiedykolwiek w derbach wie, że życie nie jest choć w pięciu procentach tak ważne, jak wyniki na murawie. A to właśnie tutaj czai się największa pułapka na młodych zawodników.
- Oho, stary dziad będzie pierniczył o presji - pomyśleliście zapewne, znam was!
Ale moim zdaniem wcale nie chodzi o jakieś czynniki zewnętrzne, które skazują młodego piłkarza na niebyt. To nie jest tak, że po objechaniu Otamendiego cały świat oczekiwał już tylko na nowe, świeże filmy z dryblingów Pietuszewskiego, i gdy ich nie dostał - Oskar popadł w niełaskę. To nie jest tak, że Jan Urban stoi nad głową i każe każdego dnia robić lepsze rzeczy na treningu i na meczu, grożąc, że w innym wypadku Oskara nie powoła. To młody, utalentowany piłkarz, któremu wszystko wychodzi. Największa presja czai się w łazience, na wysokości wzroku.
Każdy młody piłkarz przede wszystkim samemu chce cały czas iść do przodu, cały czas się rozwijać, cały czas wkakiwać na coraz wyższe poziomy. A to niestety raczej niemożliwe, nawet dla takich kozaków jak Pietuszewski. Grasz w rezerwach? Chcesz w I zespole. Grasz na zapleczu Ekstraklasy? Chcesz w elicie. Jesteś na zachodzie? Chcesz mieć miejsce w wyjściowej jedenastce, a potem też w kadrze. W teorii powinieneś iść coraz wyżej i wyżej - tak było od dzieciństwa, gdy przechodziłeś kolejne szczeble w szkoleniu. A teraz? A co, jeśli coś się zaklinuje, jeśli przez 4 mecze będziesz bez asysty, a potem w kolejnych dwóch zaczniesz z ławki? Jak sobie z tym poradzisz? Jak zareagujesz na presję, którą sam sobie wtedy nałożysz? Wytłumaczysz sobie, że w tym wieku to normalne, że nie każdego dnia strzela się gole w meczach ze Sportingiem czy inną Benfiką, że 17-latek rzadko gra od deski do deski. Ale jak wytłumaczysz sobie, że cały czas szło do góry, a teraz nagle stoi, albo nawet się cofa?
Tu naprawdę nie potrzeba medialnej zawieruchy i telefonów od dziennikarzy - tu jest piłkarz, jego trener, jego minuty. Tyle wystarczy, by z euforii przejść do rozpaczy na przestrzeni paru tygodni. Wie o tym dobrze Jan Urban, wie o tym zapewne Robert Lewandowski. Mam nadzieję, że wie o tym Oskar Pietuszewski i że nie będzie musiał swojej wiedzy wykrozystywać w praktyce.
To materiał na gwiazdę i idola, to jest gotowa odpowiedź na pytanie, które piłka sobie zadaje od dłuższego czasu - gdzie są, u licha, ci wszyscy dryblerzy tworzący przewagę w bocznych sektorach? Jakże ja bym chciał, żeby mu się udało. Ale to, kim się stanie - i czy mesjaszem polskiej piłki - nie zależy tylko od tego tygodnia czy miesiąca. I cieszę się, że zarówno Lewandowski, jak i Urban gruntownie o tym Pietuszewskiemu przypomnieli.