W nauce najpiękniejsze jest ciągłe aktualizowanie wiedzy, ciągłe ulepszanie, ciągłe szukanie bardziej precyzyjnych, bardziej trafnych wniosków. Na początku Newton wiedział tylko, że leci z drzewa na glebę, potem dokładnie poznaliśmy czemu, jak, z jaką siłą, a nawet o ile szybciej, niż w analogicznych warunkach na Księżycu. Podobnej aktualizacji ulega zresztą każda kategoria wiedzy, czy to fizyka, chemia, nauki humanistyczne, czy biologia.
Ta ostatnio długo była przekonana, że gdy już wszystkie ludzkie plemiona się nawzajem wyrżną, na planecie pozostaną wyłącznie karaluchy. XXI wiek przyniósł nam ważną aktualizację: karaluchy i Polskie Stronnictwo Ludowe. W 2026 roku wiemy już, że karaluchy, PSL oraz Gianni Infantino ze swoją całą kliką na szczytach piłkarskich elit.
Dokładnie wczoraj Donald Trump zapowiedział, że ściągnie z powierzchni ziemi pewną cywilizację. To prawdopodobnie kolejny etap szybkiego wypadu do Iranu, jednego z uczestników Mistrzostw Świata w 2026 roku, który w dość niepokojący sposób zaczął się przedłużać. Niestety, wiele wskazuje na to, że celem USA wcale nie było zadzierżgnięcie przyjacielskich relacji w celu łatwiejszej i bardziej płynnej aklimatyzacji irańskiej ekipy na mundialu, organizowanym przecież również w USA. Im więcej czasu mija od rozpoczęcia działań, im więcej tweetów i innych internetowych postów Donalda Trumpa, tym więcej wątpliwości, czy faktycznie za 2 miesiące będzie komu grać, po co grać i gdzie grać - a nade wszystko, z kim.
Tydzień temu zastanawiałem się, czy w historii zdarzył się już mundial, na którym jeden z gospodarzy przestrzegał jednego z uczestników, że oczywiście może przyjechać, jeśli tylko chce, ale "nie będzie to właściwe z uwagi na bezpieczeństwo". Później pojawiły się zdawkowe informacje, że USA pracują nad zapewnieniem odpowiedniej opieki dla całej irańskiej delegacji w USA, a sport ma pozostać absolutnie odporny na wszystkie polityczne trzęsienia, które aktualnie występują na linii Waszyngton-Teheran (Pullitzera za najbardziej efektowny eufemizm w postaci "polityczne trzęsienia" proszę wysłać na siedzibę spółki Tetrycy). Organizator mundialu dość łaskawie stwierdził, że uczciwie zakwalifikowany na turniej kraj może wystawić swoją reprezentację, a może nawet uda się zadziałać tak, by owa reprezentacja nie musiała się za siebie oglądać przy każdej okazji. No całe szczęście, bo już się na pewno Irańczycy obawiali.
Niby wszyscy wiemy, że historia znacząco przyspieszyła. Niby wszyscy zdajemy sobie sprawę, że pewne twarde, wydawało się że niezniszczalne dogmaty i zasady, obecnie już zupełnie nie obowiązują. Widzimy to na naszej granicy. Widzimy to jeszcze dokładniej tuż za naszą granicą. Widzimy to w wiadomościach z dowolnego miejsca na Bliskim Wschodzie, widzimy to w rolkach influencerów, którzy ugrzęźli niedawno w Dubaju. Widzimy to właściwie na żywo, gdy świat płonie już nie jak niewinne racowisko za jedną z bramek, ale totalnie niekontrolowany pożar drewnianej trybuny.
Nie chcę - a właściwie chcę, ale nie posiadam kompetencji, wiedzy, właściwej orientacji i doświadczenia - komentować czystej polityki i sfery militarnej. Staram się czytać dużo, staram się podejmować próby zrozumienia, śledzę komentarze z każdej dostępnej strony barykady, od tych zachwyconych Donaldem Trumpem, do tych, które zrównują go z największymi zbrodniarzami w historii. Ale niestety, nie potrafię zdobyć się nawet na sformułowanie własnej opinii, bo przecież i w stwierdzeniu "wszyscy siebie warci" zawiera się dość haniebna ucieczka od wyraźnego potępienia zła. Zostawiam tę sferę, bo zresztą zdaje się, że mądrzejsi ode mnie rozkładają bezradnie ręce, absolutnie zaszokowani tempem, jakie narzuciły nam lata dwudzieste XXI wieku.
Ale sport jako-tako znam. Sport jako-tako rozumiem, w sporcie czuję się nawet na tyle mocny, by zawyrokować: Legia nie będzie mistrzem Polski, Bruk-Bet spadnie, Puszcza Niepołomice się utrzyma. I widzę, że w sporcie mamy do czynienia z bardzo szerokim zamknięciem oczu. Co więcej: zdaje się, że to praktycznie jedyna dostępna strategia.
Jestem na tyle stary, że pamiętam mundial w Rosji - pamiętam, że choć było to przed pełnoskalową agresją na Ukrainę, to jednak było to już po Krymie, a przede wszystkim po Gruzji. Pamiętam Igrzyska w Pekinie. Byłem wiernym kronikarzem wielu spośród protestów dotyczących Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Gdy ci pierwszy organizowali mundial, a w cieniu ich przepięknych stadionów ginęli pracujący przy nich robotnicy, widziałem setki tekstów, artykułów, reportaży i opraw protestujących przeciw grze na tym turnieju. Jednolite stroje reprezentacji Danii, zasłonięte usta reprezentantów Niemiec, wielkie oprawy między innymi fanatyków Borusii Dortmund. Można wymieniać długo, podobnie jak szerokie opisy grzechów i grzeszków przy okazji wejścia Emiratów w Manchester City, Saudyjczyków w Newcastle, powolnego rugowania rosyjskich oligarchów i Gazpromu z europejskiej piłki. Wiem: ostatecznie niewiele to zmieniło, jak to się ładnie mówi: popierdoliliśmy sobie o tym wszyscy w kuchni, a w gabinetach i tak praca szła zgodnie z planem.
Natomiast wyczuwalne były dwie kwestie: przekonanie, że to coś ważnego, że warto zabrać głos, że nie warto przymykać oczu. Ale i przekonanie, że da się wskazać palcem: to jest ten zły, robi źle to, to i tamto.
Dziś już nikt nic nie wie. Dziś już nikt niczego nie kontroluje. Dziś już nie ma zgody w żadnej kwestii. Rosja została wywalona gdzieś na obrzeża, i bardzo dobrze, niech tam tkwi do końca swych dni. Ale państwo, które leży tam, gdzie chce? Wraz ze swoimi kibicami? Wraz z transparentami wymierzonymi w Polaków, w meczu z Rakowem? Ktoś powie: to nie do końca to samo. I ja się zgodzę, nie ma dwóch takich samych sytuacji, ani na boisku, ani w polityce, ani w napadaniu na teren zajęty już przez kogoś innego. Ale jednak, pewne podobieństwa da się wskazać.
Od niemocy piłkarskich federacji wobec Izraela zaczęło się bardzo wyraźne pęknięcie, które dziś jest już ziejącą dziurą. Bo mamy połowę kwietnia, za dokładnie dwa miesiące wszyscy pojedziemy do USA na największe - bo skupiające najwięcej uczestników - święto futbolu w historii. Pojedziemy, niezależnie od tego, co po drodze zrobi USA, gdzie i z kim. Jak brutalnie - a już jest bardzo brutalnie i nie piszą o tym żadni lewicowi publicyści, ale sam Donald Trump. Jakaś część mnie zastanawia się - a gdyby to robił jakiś inny kraj? Gdyby takie tweety puszczał inny przywódca? Też przymknęlibyśmy oko, czy raczej zastanawiali się: co tu się właściwie dzieje, o co chodzi, dlaczego nie reaguje FIFA, UEFA, dlaczego nie przenosimy tej imprezy gdzie indziej, w jakieś bardziej stabilne emocjonalnie miejsce?
Inna część mnie pozostaje realistą: jak? Po co? Świat zrobił się zbyt wielowektorowy - panowie od Pullitzera, zobaczcie, jaki jestem dobry w te eufemizmy. Wielowektorowy to wygodne tłumaczenie dla "już tyle się dziwactw odpierdala, że nie ma jak na to zareagować". Znam tę sytuację jako nauczyciel z sali lekcyjnej, gdy za bardzo rozluźnisz zasady. Najpierw bawimy się w berka, potem przestajemy zwracać uwagę na okrzyki, potem uznajemy, że kilka przypadkowych zderzeń to jeszcze nie powód, by zainterweniować. Dzieciaki ostatecznie zaczynają szaleć w tak niekontrolowany sposób, że już żadne gwizdki nie mają sensu, trzeba zrobić twardy reset i zmienić zabawę, bo do berka już się nie powróci za nic w świecie. Wszyscy biją się ze wszystkimi, wszyscy krzyczą, wszyscy piszczą, tornado ruszyło. Nie ma powrotu do starych zasad, bo nie da się już nawet sprawiedliwie osądzić tych, którzy te stare zasady złamali. A może to nie oni zaczęli, może oni tylko reagowali na działania innych? Nie dojdziesz, nawet jak byłeś najbardziej uważnym nauczycielem od czasów Michelle Pfeifer.
Jest we mnie cząstka człowieka, który rozumiał protesty przeciw Baku jako jednej z lokalizacji Mistrzostw Europy w 2020 roku. Ormianie uważali, że to jakiś skandal, biorąc pod uwagę napięcie na linii Azerbejdżan-Armenia, biorąc pod uwagę, gdzie mecze gra Karabach Agdam i jak to jest z tym Noah. A przecież to była jakaś totalnie niewinna igraszka wobec rzeczy, które rozsypały się po świecie już chwilę później. Co właściwie zrobić dzisiaj? Przeciw komu protestować? W jaki sposób?
Nie wpisujcie w Google: "kto obecnie rządzi Haiti". To jeden z uczestników mundialu. Innym uczestnikiem jest Iran, gdy piszę to słowa - jeszcze istniejący, ale z mieczem Donalda Trumpa nad głową, mieczem, który jest coraz mniej metaforyczny, bo prezydent USA jest dość bezpośredni w ostatnich wypowiedziach. Irak. Demokratyczna Republika Kongo. A wszystko na terenie USA, radośnie zapowiadającego "kończenie" kolejnych wojen, po tych ośmiu, które już Donald Trump zakończył.
Nie wiem, co powinna w tej sytuacji robić FIFA, co powinien robić Gianni Infantino. Wiem, co robi. Powstała oficjalna linia ludzików piłkarzy, sygnowanych przez FIFA, są nawet Włosi. Stasiu wczoraj wylosował Tylera Adamsa z USA, ostatni raz tak smutny był, jak w paczce kart z Betclic I ligi nie trafił nikogo z ŁKS-u ani GKS-u Tychy. Mamy nowe smaki Laysów, specjalne, mundialowe. Wyprzedano wszystkie bilety, co więcej - w bardzo sympatyczny sposób rosną ceny na oficjalnych portalach, gdzie bilety można odsprzedawać po wyższej cenie, z pewną "pajdą" dla FIFA. Podobno łącznie ludzie chcieli kupić pół miliarda biletów, a FIFA przygotowała tylko siedem milionów miejsc. Ceny można więc windować w nieskończoność. To będzie rekordowo duży mundial, więc będzie rekordowo duży zysk z biletów, rekordowe duże przychody z oglądalności, rekordowo duże prawa telewizyjne, bo przecież i meczów będzie rekordowo dużo.
Trudno więc być szczególnie zdziwionym, że FIFA jakoś sobie poradzi. Jedyna ich wątpliwość zapewne dotyczy towarzystwa. Na tym mundialu ma być 48 państw, ale przy tym tempie świata, na kolejnym mogą być tylko gospodarze z FIFA oraz zespoły karaluchów i PSL.