To nie jest tylko przegrany finał Pucharu Polski. To nie jest tylko trener zwolniony po kilku miesiącach pracy z zespołem, który przecież obejmował w dość ekstremalnych okolicznościach - jako grupkę sierot po charyzmatycznym Marku Papszunie. To nie jest tylko zaprzeczanie własnym wypowiedziom sprzed kilkunastu godzin, to nie jest tylko nieudany sezon.
To jest chwila, w której Raków Częstochowa traci to, czym się początkowo odróżniał od całej polskiej piłki.
Byłoby dużą niesprawiedliwością w tak szalonym sezonie, gdy Widzew i Legia walczą o utrzymanie w Ekstraklasie, Alex Haditaghi pisze kosmiczne liczby tweetów o tym, jakim honorem musi być gra w portowej koszulce, a Wojciech Kwiecień zapowiada zaoranie Wieczystej narzekać jakoś specjalnie akurat na Raków Częstochowa. Ekipa spod Jasnej Góry nie jest pewnie nawet w TOP 10 rozczarowań tego sezonu, jeśli uwzględnimy choćby zaćmienie umysłów w trakcie kadencji Łukasza Piszczka w GKS-ie Tychy czy rozjazd oczekiwań i rzeczywistości w Cracovii pod rządami familii Platków. Jak co sezon, tak się jakoś dziwnie wszystko układa, że nawet w kwestii bycia największym przegranym konkurencja jest szalona, a zwycięzcę wyłonić niesłychanie trudno. My tu sobie przecież będziemy za chwilę narzekać na spadkowicza z rekordową liczbą zgromadzonych punktów, niezależnie czy będzie to Cracovia, Piast, Korona czy Motor. A gdzieś z ostatniego kręgu piekła uśmiechną się do nas kibice Zagłębia Sosnowiec, bo i co mają robić, towarzysząc w strefie spadkowej Betclic II ligi wycofanemu z rozgrywek GKS-owi Jastrzębie i nastolatkom z rezerw ŁKS-u.
Nie, Raków nie może stanąć do wyścigu w kategorii "największy przegryw", "najbardziej imponująca katastrofa", "największe rozczarowanie" czy choćby "najbardziej irracjonalny scenariusz napisany częściowo na stadionie w Sosnowcu". Ale Raków po prostu stał się zupełnie zwyczajny, pospolity, Raków stał się powodem, by wzruszyć ramionami i mruknąć "nic specjalnego".
I uważam, że ta zmiana jest po pierwsze bardzo niedoceniana, a po drugie - stanowi część większego procesu w polskiej piłce.
Prawda jest bowiem taka, że Raków był wyjątkowy i niezależnie od tego, co zrobi dzisiaj, jak dalej potoczą się jego losy i co zamierza Michał Świerczewski - tamtej ery już nikt mu nie odiberze. Raków był wyjątkowy nie dlatego, że w imponującym stylu przeszedł drogę od porażki 1:8 z GKS-em Tychy do mistrzostwa Polski, Pucharu Polski i występów w europejskich pucharach. Tego typu rzeczy już się zdarzały, historie o klubach, które podnosiły się z dna to w polskiej piłce właściwie jeden z głównych i powracających motywów - żeby daleko nie szukać, tylko w ostatnich latach puchary po kilkudziesięciu (!) latach przerwy wstawiono do gablot po pasiastej stronie Krakowa i w Zabrzu. Cracovia po drodze zaliczyła słynną "Basztową", właściwie walkę o przetrwanie, Górnik Zabrze balansował na krawędzi bankructwa i zwiedzał pierwszoligowe pastwiska. Z totalnego niebytu powrócił Ruch Chorzów, z odmętów niższych lig wygrzebali się zdobywcy Pucharu Polski z Zawiszy Bydgoszcz czy Lechii Gdańsk.
Raków w przeciwieństwie do tych wszystkich ekip bazował jednak na czymś innym, niż tylko "powrót na należne miejsce". To nie był projekt rozwleczony na dekady mozolnej wspinaczki, to nie była kolejna historia o tym, że wielka marka przyciąga do niższych lig wielkie nazwiska, że po drodze przechodzi katharsis i wraca na szczebel centralny z nową energią, choć starymi tradycjami i kibicami. Nie, Raków był powiewem świeżości. Oczywiście, bogaty właściciel, w dodatku rozumiejący futbol, posiadający niezłe oko do piłkarzy - to jedna strona medalu. Ale Raków to przecież szerszy pomysł na siebie - łącznie z tym, by zaoferować szerzej nieznanemu Markowi Papszunowi władzę absolutną, i układać klub pod jego wyśrubowane, wysokie standardy.
Ówczesny Raków to ciągłe podnoszenie sobie poprzeczki - awanse po szczeblach ligowych, potem też coraz wyższe cele w samej Ekstraklasie. Ale to przede wszystkim wierność własnym założeniom. Jeden trener przez całą tą ścieżkę. Konsekwentny pomysł na grę, pomysł na budowę klubu. Tak, rotacja na stanowiskach cały czas była spora, nawet w Akademii Rakowa czy na stanowisku dyrektora sportowego. Ale ogólna wizja nie ulegała zmianie - punktem centralnym tej wizji był zresztą starannie dobrany szkoleniowiec, który miał o wiele silniejszą pozycję niż nawet cała zjednoczona szatnia. Często się mówi: łatwiej wymienić trenera, niż pół drużyny. W Rakowie to by się nie sprawdziło - nikt zresztą nie miał zamiaru sprawdzać cierpliwości Papszuna.
Fakty? Raków wniósł do ligi mnóstwo kasy. Wniósł do ligi wielką odwagę transferową, której brakowało poprzednikom, choćby z Lecha i Legii. Raków nie obawiał się przekraczać kolejnych finansowych granic, bo działał według swojego własnego, precyzyjnego planu. Raków wniósł do ligi selekcję trenerów tak sztywną, że rekrutacja Marka Papszuna stała się właściwie viralem. Raków zmienił układ sił na planszy w tej wiecznej napince zawodnicy vs szkoleniowiec. To wszystko było bardzo nowoczesne, bardzo bogate, bardzo dobrze widziane w mediach.
Gdyby do faktów dodać jeszcze opinie: Raków chyba nieco rzadziej mylił się na rynku transferowym, nieco śmielej przebudowywał swoją kadrę, no i miał na pokładzie Piotra Obidzińskiego z fantastyczną fryzurą.
Dziś nawet fryzury Piotra Obidzińskiego nie ma, ale to jeszcze dałoby się przeżyć. Ba, moim zdaniem dałoby się przeżyć też odejście od własnych ideałów, gdzie trener jest centralną postacią projektu - szczególnie ży wystarczyłoby w tej sytuacji zgonić wszystkie niedociągnięcia na Tomczyka i twierdzić uparcie, że inny trener w jego sytuacji zgarnąłby CO NAJMNIEJ dublet. Sęk w tym, że wszystkie przewagi konkurencyjne Rakowa znikają jedna po drugiej, jakby były co najmniej stacją benzynową na starej "gierkówce".
Pieniądze Michała Świerczewskiego. To jest pierwsza i najważniejsza rzecz, która jeszcze pięć lat temu wywoływała intensywne ślinienie się u każdego kibica klubu z górnej połowy Ekstraklasy. Ach, mieć takiego sponsora u siebie, co kupuje i nie patrzy na ceny. Mieć gościa, który w imię swojej dziecięcej sympatii pakuje grube miliony w klasowych zawodników. Ale dziś? Robert Dobrzycki pokazał, jak wydać bardzo, bardzo dużo. Alex Haditaghi gdzieś tam dretpał jego śladami. Ale ile wyda Wojciech Kwiecień w Wiśle Kraków? Ile będzie mógł wydać Lech, jeśli awansuje do Ligi Mistrzów?
To nie jest tak, że za moment Raków zaliczy mijankę z Unią Skierniewice, bo pieniądze w piłce przestały mieć znaczenie. Ale jeszcze parę lat temu wydawało się, że Raków gra na kodach. Dziś kod "klapaucius" umie wpisać co trzeci klub w elicie.
Ale Raków to nigdy nie były tylko pieniądze. To był też pomysł, wizja oraz ciągłość pracy. Czy cokolwiek z tego jeszcze zostało dziś, gdy trener Tomczyk pakuje się, zanim jeszcze dobrze rozłożył walizki? Jeśli zastępuje go trener Kroczek, ale na razie tylko do końca sezonu, jego dalsze losy mają się zadecydować na boisku w ostatnich meczach sezonu? Raków dający w taki sposób szansę to niemalże zaprzeczenie Rakowa, który przed zatrudnieniem Marka Papszuna pińcet razy testował go w obecności psychologów. To jest tak maksymalne zboczenie z obranej drogi, że aż głupio przypominać jakieś archiwalne wypowiedzi o mitycznej cierpliwości w Częstochowie. To może chociaż została im silna szatnia, zbudowana na zawodnikach o wielkim charakterze? Albo liczne grono juniorów, którzy już za moment zaatakują pierwszy skład? Pudło i pudło.
To może w czasach prosperity Raków wypracował sobie inne przewagi nad konkurencją? Może wychował taką bazę kibiców, że za moment zabraknie miejsca nie tyle w Sosnowcu, co na Stadionie Śląskim w Chorzowie? Może zbudował sobie stadion na lata? Albo chociaż wypracował trwałe relacje akademii z pierwszym sezpołem?
Te braki oczywiście nie oznaczają, że Raków jest cienki, przespał swoją złotą erę, nic z niego nigdy nie będzie, do widzenia. Nie, to jest właśnie klucz. Częstochowianie po drodze nie zrobili jakichś katastrofalnych błędów, nie wyrzekli się wszystkiego, co przez lata reklamowali, nie zatrudnili nagle Romeo Jozaka jako pierwszego trenera, by swój debiut miał w Lidze Mistrzów. Michał Świerczewski nawet nie stoi obok Dariusza Mioduskiego, trenerskie eldorado - kręcace się coraz szybciej - nadal nie może się równać z tym jak kołem kręcą choćby w Sosnowcu.
Idźmy krok dalej - Raków może wygrać w przyszłym sezonie ligę, Raków może być najciekawszym z pucharowiczów, Raków może zatrudnić gwiazdy większe niż te, które obecnie w jego barwach grają.
Natomiast to już nie jest żadna nowa jakość. Raków nie jest świeżym powiewem, Raków nie jest zaprzeczeniem wszystkiego, czym była polska piłka. Wręcz przeciwnie, "Medaliki" wleciały do krajowego topu jak kolorowy ptak do gołębnika. Sęk w tym, że po paru sezonach papuga zamiast żółtych, czerwonych i pomarańczowych piór zostało gruchanie nad kawałkiem suchego chleba, nad którym gruchała od lat w taki sam sposób cała liga. Może jeszcze te pióra odrosną, może jeszcze ten czar powróci, ale na ten moment papuga, która przywędrowała tutaj na ramieniu przystojnego pirackiego kapitana, obsrywa auta jak każdy inny gołąb ligi.
I by nie kończyć tego tekstu ani tak wulgarnie, ani tak pesymistycznie - jestem diabelnie ciekawy jak tak inteligentni ludzie jak Michał Świerczewski czy Wojciech Cygan wybrną z tych turbulencji.