Jak co środę... JAKUB OLKIEWICZ #45

Polska ma naprawdę długą tradycję traktowania spotkań towarzyskich w sposób, który trudno właściwie logicznie wytłumaczyć. Jak sięgam pamięcią, choć przyznaję, nie jest to imponujący zasięg, zawsze z tymi meczami towarzyskimi reprezentacji Polski coś było nie tak. Oczywiście największe czary działy się za kadencji Adama Nawałki, który po prostu sparingów nie grał, budując zresztą tym samym naszą pozycję rankingową. Ale gdy już zaczął test-mecze, to - najdelikatniej rzecz ujmując - nie zostaliśmy powaleni na łopatki formą Polski w przededniu Mistrzostw Świata 2018.

Czy to wtedy sobie ten mundial przerżnęliśmy, czy to właśnie wtedy rozpoczął się powolny rozkład polskiej kadry, która osiągając swój szczytowy punkt w 2016 roku, później już tylko karlała i marniała? Nie wiem, nikt raczej nie ma możliwości odpowiedzieć na pytanie obejmujące tak ogromny zakres zmiennych. Wiem jedno: Nawałka rzadko przegrywał, ba, rzadko nawet remisował. Seria trzech meczów bez strzelonego gola nie przytrafiła mu się ani w trudnych eliminacjach czy to Mistrzostw Europy, czy to Mistrzostw Świata, nie przytrafiła się w fazie grupowej ani jednego, ani drugiego turnieju. Tak fatalną serię, trzech spotkań bez gola, zaliczył jedynie w meczach towarzyskich przygotowujących nas do występu w Rosji w 2018 roku. Jesienne zgrupowanie to remis 0:0 z Urugwajem i 0:1 z Meksykiem. Potem w marcu 0:1 z Nigerią i nawet jeśli ostatnie trzy mecze przed wylotem na mundial wyszły nieco lepiej (w końcu graliśmy z zawsze gotową podnieść nam morale Litwą) - ten okres sparingowy to pierwsze poważne tąpnięcie u Nawałki.

- Kto normalny patrzy na wyniki w meczach towarzyskich!? - być może zakrzykniecie pełni protestu wobec doszukiwania się jakichś problemów w podejściu Nawałki do sparingów reprezentacji Polski. I ja się z tym oczywiście zgodzę, wyniki to żaden wyznacznik, szczególnie, że przecież te sześć ostatnich sparingowych starć przed Rosją zostało rozbite na ponad pół roku, na trzy różne zgrupowania, na które można było powołać trzy różne zestawy nazwisk.

Ale właśnie o to chodzi. Nawałka wkraczał wówczas w swoją erę twórczych eksperymentów, być może wymuszonych wypowiedziami Age Hareide, selekcjonera reprezentacji Danii, zarzucającego Nawałce jednowymiarowy i przewidywalny futbol. Nawałka czas przed Mistrzostwami Świata - czas, który faktycznie realnie dostał, bo 6 meczów bez stawki w futbolu reprezentacyjnym to absolutna rzadkość - wykorzystał na kombinacje. Były to jednak wprowadzane symultanicznie kombinacje z nazwiskami oraz kombinacje z ustawieniem. Sprawdzaliśmy nieco innych wykonawców, w domyśle próbując ustalić ich przydatność pod kątem meczów o stawkę, ale jednocześnie sprawdzaliśmy też nieco inną strategię meczową, próbując stworzyć jakiś rozsądny plan B. Zawsze krytykowałem takie podejście, bo znałem je przecież z autopsji.

Jako wieczny rezerwowy, rzadko podnoszący się z ławki na różnych etapach swojej piłkarskiej przygody, szanse dostawałem w najbardziej parszywych paździerzach, gdy trenerowi po prostu nie zależało na zwycięstwie. 1/32 Pucharu Polski na szczeblu Bałuty Nowe? Zapraszam, Kuba, sprawdź się w tych niełatwych warunkach. Ale dla odmiany zagramy 4-2-4 z dwoma odwróconymi bocznymi obrońcami, schodzącymi do środka i wymieniającymi się rolami z mezzallami.

Ani nie sprawdzisz przydatności rezerwowego. Ani nie przetestujesz nowego ustawienia. A my to próbowaliśmy zrobić już za kadencji Adama Nawałki, choćby wprowadzając grę trójką stoperów, ale bez Glika w tejże trójce. Tak, na Meksyk Nawałka puścił Jacha, Cionka i Jędrzejczyka. Potem Jerzy Brzęczek podobnie testował czterech środkowych pomocników, ale przecież zakasował ich wszystkich Fernando Santos. Santos bowiem w sparingu zagrał swój najlepszy mecz - po golu Kiwiora Polska pokonała reprezentację Niemiec. Sęk w tym, że Santos od początku narzekał: że ten mecz jest w ogóle zorganizowany, że jeśli już jest zorganizowany, to że akurat z Niemcami, czyli reprezentacją szalenie silną. A jeśli już jest organizowany, i to z Niemcami, to dlaczego akurat tuż przed starciem z Mołdawią. Dalszy ciąg pamiętamy - chwalebne zwycięstwo w sparingu, sromotna klęska w eliminacjach, przeciw Mołdawii. Nie ma sensu już się nawet pastwić na najdłuższym i najbardziej nieudanym pasmem sparingów - gdy organizowaliśmy Mistrzostwa Europy w 2012 roku, a wcześniej ominął nas wyjazd na MŚ 2010. Co się wtedy wyczyniało w polskiej kadrze, najlepiej niech pozostanie gdzieś w dalekich zakamarkach pamięci nielicznych ludzi tak starych, że żyjących w czasach Perquisa, Obraniaka i Boenischa.

No nie siedziały nam te sparingi nigdy, podejrzewam, że dopiero po latach my, Polacy, ale przede wszystkim polscy selekcjonerzy docenią Ligę Narodów. Liga Narodów początkowo zakładana jako "zróbmy coś, żeby te sparingi nie były takie nudne", stopniowo zyskiwała i dalej zyskuje na znaczeniu. Coraz częściej to przez Ligę Narodów da się ogarnąć wejście bocznymi drzwiami na całkiem fajne dyskoteki, ale przede wszystkim - to klasyfikacja Ligi Narodów ułatwia niektóre losowania czy inne rozstawienia. A skoro tak - to jej prestiż i znaczenie rosną. W takim układzie zaś - selekcjonerzy niejako tracą możliwość wyboru. Przy zwykłych sparingach - tysiąc myśli na minutę. Może młodzi, żeby trochę tę naszą kadrę odrestaurować? Może nowa strategia meczowa, nowe ustawienie i filozofia gry? A może jednak zgrywamy najlepszych, niech się ze sobą wzajemnie poznają, niech budują automatyzmy, a przy tym złapią trochę pewności siebie, oklepując w galowym składzie Łotwę czy Estonię? Liga Narodów zdejmuje część tych dylematów z planszy, na której planuje swoje ruchy selekcjoner. Jest liga, są punkty, znaczy: trzeba grać najsilniejszym, co mamy i najbardziej sprawdzonym systemem, jakim dysponujemy.

Ale niestety - nawet długo uciekając przed przeznaczeniem, jakim jest totalnie zbędny reprezentacyjny mecz o nic - kiedyś to przeznaczenie nas musiało dopaść. I dopadło właśnie teraz, gdy trzeci dzień z rzędu dyskutujemy wspólnie z Janem Urbanem, nad tak palącymi tematami jak ewentualny stempel na nodze Kędziory w meczu z Ukrainą oraz ewentualna przydatność na murawie Bartosza Nowaka czy Wojciecha Mońki. Nie chcę bagatelizować, trywializować, a nade wszystko nie chcę lekceważyć. Sam poczułem delikatne ukłucie w sercu, że Jan Urban stawia na niektóre nazwiska w sposób przypominający starą dobrą selekcję piosenek na YouTube. Ja lubię te, co je już znam. Poczułem jeszcze mocniejsze (choć nadal delikatne) ukłucie, gdy zorientowałem się, że mistrz Polski raczej nie cieszy się wielkim szacunkiem selekcjonera, który woli korzystać z zawodników ekip spoza TOP 5. Natomiast gdzieś w głębi serca wiem - każde 60 sekund spędzone na analizie tego, kogo powołał i kogo nie powołał Jan Urban to bezpowrotnie utracona minuta, podczas której mogliśmy np. robić pompki, albo grać w Call of Duty, albo malować kwiatki na chodniku za pomocą żółtej kredy.

Tak bardzo wiem, że to wszystko jest bez sensu. Tak bardzo zdaję sobie sprawę, że to burze w szklance wody. Jestem tak bardzo świadomy, że do meczów o stawkę jeszcze się Urbanowi może pięć razy wszystko zmienić, a dziś opiewani w mediach bohaterowie mogą siedzieć na ławkach, albo co gorsza - na leżankach fizjoterapeutów. Normalnie martwiłoby mnie to, że Urban ani nie gra na galowo, próbując zgrać poszczególne elementy i utrwalać ogólną wizję, ani nie testuje jakichś przyszłościowych rozwiązań. Dostaliśmy dziwną hybrydę, gdzie niby trochę stawiamy na stabilizację nazwisk wokół równie ustabilizowanej taktyki, ale z drugiej strony: niech sobie pograją Rózga czy Wójcik, a w ostatnie trzy minuty swoją przydatność niechaj udowodni Slisz. Normalnie by mnie to martwiło. Ale no szczerze powiedziawszy mam to w nosie.

To jest zresztą największy i najpilniejszy problem z reprezentacją Jana Urbana, ale też po prostu - z kadrą narodową, naszą, wspólną, innej przecież nie mamy. Ten przegrany baraż ze Szwecją, ale też wszystko to, co działo się wokół kadry mniej więcej od odejścia Paulo Sousy, to jedno wielkie studium: jak rozpadają się małżeństwa. Nie zawsze dochodzi do jakichś wielkich awantur, wielkich zdrad, zresztą, one nawet jeśli występują, to nie muszą od razu prowadzić na salę sądową. Ale ta erozja wzajemnego zaufania postępuje. Obie strony zaczynają odczuwać lęk przed głębszym zaangażowaniem emocjonalnym. Skoro boisz się zatracić, boisz się zaangażować - to rośnie w tobie obojętność. Obojętność podsycana tym, jak bardzo bez znaczenia są kolejne wspólne chwile.

To zgrupowanie to jest właśnie rutynowe wyjście na obiad pary, która już od dawna zwiędła, w której już od dawna nie ma życia. Jeszcze niby są kwiatki, jeszcze coś tam jest na talerzu, jakaś zdawkowa wymiana zdań. Ale nie ma tu nawet tych negatywnych emocji, złości, gniewu. Urban coś tam się posprzeczał z kimś tam. Ach, no tak, bardzo emocjonujące.

Niespełna 38 tysięcy widzów we Wrocławiu. Lech od połowy kwietnia ma wyłącznie wyższe liczby, nie schodząc poniżej 40 kafli. A przecież nie ma Lewandowskiego i całkiem sporej grupy Ukraińców, którzy też chcieli obejrzeć mecz reprezentacji. Zainteresowanie medialne wciąż duże, ale synowie tym razem pytali mnie raczej, o której Wieczysta gra z Chrobrym, niż kto będzie partnerem Lewandowskiego z przodu. Ludzie, których dobrze znam - ludzie interesujący się piłką, oddychający futbolem, dowiedzieli się, że gramy w maju, jak im powiedziałem, że nie wpadnę na działkę, bo jestem w robocie. Na orlikach toczyły się mecze, przy miejskich fontannach moczyła się dziatwa, knajpy były wypchane po brzegi, bo przecież rodzice zabierali pociechy na obiady i kolacje w ramach obchodów Dnia Dziecka. Nie przypominam sobie, żeby odwołano, albo chociaż przesuniętą jakąkolwiek atrakcję z dmuchańcami. A przecież wszyscy dobrze wiemy - 10 lat temu podczas sparingu Nawałki jedynym sensownym dmuchaniec to dmuchana kanapa, na której wszyscy obejrzelibyśmy występ naszych Orłów.

Myślałem, że to ja dziadzieję, zgredzieję, że mnie coraz mniej rusza. Ale skrót meczu Polska - Ukraina na kanale YouTube TVP Sport ma 134 tysiące wyświetleń. O 20 tysięcy mniej niż skrót meczu Polska - Reszta Świata, w którym Glik i kumple ograli zespół prowadzony przez Michała Probierza. Skrót finału baraży o Ekstraklasę, Wieczysta - Chrobry, dobija do 100 tysięcy.

I moim zdaniem to jest problemem reprezentacji Polski głębszym, niż powołanie tego czy innego ligowca na kompletnie pozbawione znaczenia mecze sparingowe. Wiedziałem, że ominięcie mundialu będzie nas sporo kosztować. Ale patrząc na chłód, z jakim Polska powitała mecze z Ukrainą i Nigerią - koszty zaskoczyły nawet takiego pesymistę jak ja.