Jak co środę... JAKUB OLKIEWICZ #54

Cokolwiek w życiu robisz, czymkolwiek się w życiu zajmujesz, jakąkolwiek pełnisz rolę, dobrze raz na jakiś czas przypomnieć sobie, że Imperium Rzymskie upadło. Nie jestem zapewne osamotniony w swoim szczerym podziwie dla jego dokonań na właściwie wszystkich dostępnych polach - od tego oczywistego, militarnego, przez architektoniczne, kulturowe, aż po religijne. Jak każde dziecko najpierw imponował mi Asterix, ale potem przeczytałem Ostatnią kohortę Waldemara Łysiaka i już do końca życia chcę tylko oglądać zdjęcia akweduktów z najdalszych zakątków świata - a w każdym z nich przecież był jakiś rzymianin z gladiusem.

No ale jednak Imperium Rzymskie upadło.

- Miał fabryki, miał miliony, był całym hrabią i nie żyje! A ja nie mam nic i jeszcze na jutro mam protestowane weksle, ale ja żyję! Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry - celnie zresztą, w podobnym tonie, skomentował swego czasu Dawid Halpern śmierć Bucholca na kartach Ziemi Obiecanej. Bucholc, wielki łódzki fabrykant, cały hrabia, umarł, jak umiera każdy, kto ma nerki, serce i wątrobę. Imperium Rzymskie upadło tak, jak upadł warzywniak na Limance - istniał i istniał, a w końcu istnieć przestał.

Dopiero, gdy uświadamiamy sobie, że i Imperium Rzymskie, i Bucholc z Ziemi Obiecanej i nawet sama Alma, ta luksusowa Biedronka dla bogatych, wzięły i upadły, nabieramy na świat i na życie odpowiedniej perspektywy. Trudno mi wskazać, czego nie miały te trzy zjawiska, bo zjawiskiem nazwałbym i Imperium Rzymskie, i Bucholca, a już na pewno markety Alma z tysiącem rodzajów szwajcarskiego sera i najbogatszym wyborem hiszpańskich salcesonów, jaki kiedykolwiek ktokolwiek oferował w Polsce.

Miały wszystko. Miały sery, salcesony, miały potęgę, miały dominację technologiczną, militarną, miały wpływy polityczne, miały w kieszeni odpowiednio pół świata (Imperium Rzymskie), pół Łodzi (Bucholc), pół rządu dusz odkrywających egzotyczne smaki przedstawicieli klasy średniej (Alma). A upadły.

Przypominam sobie te trzy historie - a pewnie mógłbym jeszcze przypomnieć chociażby Lyon dominujący ligę francuską, wielki Juventus, potężne bułgarskie kluby przed nadejściem Łudogorca, wielką Steauę Bukareszt - i zastanawiam się nad organizacją FIFA. W życiu, a co za tym idzie też w piłce nożnej, często wpadamy w pułapkę imposybilizmu. Zakładamy, że skoro w momencie naszego wejścia do pokoju coś nie jest możliwe, to znaczy, że nigdy w przeszłości nie było możliwe, ale też prawdopodobnie nigdy w przyszłości nie będziemy w stanie tego dokonać. Pamiętam zresztą swoje zdumienie, gdy w kościele przez lata padały te same słowa, jak słowa dowolnej modlitwy: "módlmy się - razem z naszym biskupem Władysławem, naszym papieżem Janem Pawłem oraz całym duchowieństwem". I biskup Władysław Ziółek, i papież Jan Paweł II wydawali mi się tak długowieczni i w oczywisty sposób obecni, że nawet nie zdawałem sobie sprawy, że ten tekst jest modyfikowalny.

"Razem z naszym biskupem Władysławem, papieżem Benedyktem".

Czekaj, co? Jak to? Co tu się dzieje, co to ma być, co to za nagła zmiana.

Sytuacja trwa tak długo, że właściwie zapominasz o możliwości zmiany sytuacji. Człowiek trwa na stanowisku tak mocno, że do praw fizyki i biologii dopisujesz też prawo o niewymienialności danego człowieka na tymże stanowisku. Ba, trudno tutaj odmówić i logiki, i pewnej intuicji poznawczej. Jestem na świecie, załóżmy, 25 lat, przez 25 lat podrzucone do góry jabłko upada na ziemię, zostawiony na słońcu lód zaczyna się roztapiać, a prezydentem FIFA jest Sepp Blatter. Z czasem zaczynasz mieszać te systemy walutowe - uznajesz, że każdy z nich jest odwieczny. Zresztą, dla wielu ludzi może się odwiecznym wydawać, bo jest od momentu ich narodzenia, aż do chwili obecnej. Nie znają innego świata, nie przeżyli choćby dnia w innych realiach.

A jednak, Imperium Rzymskie upadło, choć żyły całe rody, ciągnące się przez kilka pokoleń, które nie znały świata przed Rzymianami, ani nie stworzyły podwalin pod przedłużanie historii familii tak długo, by choćby jakieś pra-prawnuki poznały świat po Rzymianach.

Najciekawsze jest późniejsze szukanie przyczyn - dlaczego to upadło, choć miało wszystkie argumenty, by trwać? Dlaczego organizacja, która wypracowała sobie tak wielką potęgę, tak wielką przewagę, która tak bezkompromisowo wycinała konkurencję, finalnie i tak spsiała, i tak się rozpadła, i tak przestała dominować? Śledzenie tej debaty z odpowiedniego dystansu to zawsze potężna frajda. Specjaliści od analizy oręża i strategii wojskowej skupiają się na błędach dowódców, na przegranych bitwach, na rozpętanych konfliktach, w których nie warto było brać udziału. Ci, którzy w historii poszukują przede wszystkim wiedzy o społeczeństwie i kulturze z miejsca znajdują argumentację w postępującym rozkładzie społeczeństwa, w rosnących wewnętrznych konfliktach, w przedkładaniu własnych interesów ponad dobro państwowe. A obstawiam, że niejeden teolog w rozważaniach rozpoczyna od kondycji religijnej w danym obszarze.

Tymczasem zdaje się, że rzadko jest jakiś jeden czarny łabędź, rzadko jest jakiś jeden punkt zwrotny. To stopniowa erozja, to delikatne fale podmywające fundamenty z każdej strony, to korniki gdzieś głęboko w pniu, to rdza pożerająca jakieś drobne metaliczne zdobienia. A często może nawet jeden dzieciak, który krzyknie: król jest nagi. Jeśli porwie za sobą tłumy - król staje się błaznem, śmieją się z niego nawet najwierniejsi poddani, a bunt wisi w powietrzu.

Przy tym, warto moim zdaniem podkreślić i zauważyć, to nie jest tak, że każdy upadek poprzedza systematyczne obniżanie lotów, że zanim nastąpi kontakt z ziemią, widać już jak płonące silniki odpadają od samolotu. Czasem w chwili upadku masz przecież wciąż dużo - zwłaszcza, gdy trwonienie majątku rozpoczynałeś z bardzo wysokiego poziomu, jak choćby wspomniany Bucholc. Nie zdążysz wypstrykać się do zera, nie zdążysz sprawić, by wróg przejął każdą prowincję, czasem dojdzie do stolicy, choć przecież na jakichś przedmieściach masz jeszcze całkiem sporo zasobów i zgrabne wierne oddziały.

Muszę przyznać - na początku tej całej afery z przewrotami wokół FIFA byłem pewny, że to nie jest ten przypadek, właśnie z uwagi na brak widocznych i namacalnych sygnałów, że rozpoczyna się obniżanie lotów. FIFA ma za sobą najlepszy turniej w historii - rekordowa liczba uczestników, czyli rekordowa liczba głosów od państw, dla których Gianni Infantino otworzył do tej pory niedostępną imprezę. Rekordowe przychody z reklam, praw telewizyjnych, z biletów. Rekordowe ceny, rekordowe reklamy, rekordowe zasięgi, rekordy wylewały się z każdego pliku Excela, dolarów nie było właściwie gdzie upychać, a licznych krytyków można było uciszyć w dowolny sposób: albo machając przed nosem frazesami o egalitarnym futbolu, czyli takim, gdzie jest miejsce dla Curacao, albo pokazując twarde dane, stojące za równie twardymi monetami, które wpłynęły na konta federacji. FIFA nie tylko niczego tym mundialem nie przegrała - ona umocniła swoją pozycję, pokazała, że to ona od początku miała rację. Porównałbym to do restauratora, który upiera się, że w tradycyjnej lokalnej knajpce włoskiej można zacząć serwować pizzę mrożoną z dyskontu, bo głupi turyści i tak wpierdolą nawet nieposoloną surową pieczarkę, jeśli jest owinięta specjalną wstążką FIFA. Wszyscy mówią: nie, konsument jest świadomy, konsument tyle nie zapłaci, ta restauracja ma swoje tradycje, klienci tego nie zaakceptują.

A wychodzi z kuchni Gianni, nawet niespocony, bo jak miał się spocić odgrzewając dania gotowe. I melduje: mamy rekordowy utarg, rekordową liczbę zamówień, a prezydent, który u nas jadł, powiedział, że tak dobrego placka nie jadł nawet w Neapolu.

Trudno się w takiej sytuacji robi rewolucję. Trudno zebrać nawet paczkę wywrotowców, a co dopiero wprowadzić swój plan w życie.

Natomiast gdybym miał fachowo oceniać: to wtedy łatwo o utratę czujności. To wtedy bardzo łatwo nie zauważyć, że wrogowie nigdy nie znikają, jedynie na jakiś czas odkładają swoje plany. Nie wiem, na ile realistyczny był plan wytransferowania praw do mundialu do zewnętrznej spółki. Nie wiem, na ile Gianni Infantino działał tutaj ze względu na swą niepohamowaną chciwość, a na ile ma jakiś szerszy plan. Ba, uważam, że to nawet może być korzystne dla FIFA i jej członków, że wczytując się w całą taktykę odkrylibyśmy punkty styczne z tym, co robią kluby oraz ligi na całym świecie. Ale co z tego. Dziś rządzi już tylko narracja, a narracja jest idealna. Gianni chce sprzedać nasz mundial, Gianni chce oddać piłkę bogaczom, którzy będą chcieli organizować mundial przynajmniej dwa razy w roku.

Jak zawsze w takich przypadkach, nagle przypominasz sobie, że przecież ten pomnik i tak się chwiał. Chciwość FIFA doprowadziła do tego, że świat zagrywa się w EAFC, a nie coroczną grę pod banderą FIFA. Infantino punktują działacze z Iranu czy Jordanii. UEFA już w trakcie turnieju pozwalała sobie na coraz więcej - od wyznaczenia odrzuconego przez USA sędziego na arbitra Superpucharu UEFA, po twarde oświadczenia choćby po sprawie Baloguna. A Gianni w sumie wymieniał sojuszników na poklepywanie po plecach ze strony Donalda Trumpa. Od nagrody pokojowej FIFA, aż po podium w ostatnim meczu - Gianni postawił na jednego konia z blond-grzywą i czerwoną czapeczką. Nie oceniam, czy to dobrze, czy źle. Oceniam, jak na tym wyszedł.

Bo Trump od opadnięcia USA wydawał się turnieju w ogóle nie śledzić - tym bardziej w dupie ma pewnie obecne polityczne targi gdzieś wewnątrz organizacji. Tradycyjni wrogowie Infantino są głośniejsi niż kiedykolwiek. Część tradycyjnych sojuszników się wycofała, albo chociaż się dystansuje. Wracają z pełną siłą zarzuty przez lata odbijane prostym: zarabiamy dla was i to zarabiamy bardzo dobrze.

To nadal przepotężna organizacja po największym w historii udanym skoku na kasę kibiców. To nadal organizacja, na której czele stoi facet znany wszędzie, który w dodatku trzyma w ręku wszystkie karty: pieniądze, wpływy, władzę, lokalizacje kolejnych meczów, turniejów i podział nagród.

Ale Imperium Rzymskie było przepotężną organizacją. Bucholc był przepotężnym gościem. Alma miała naprawdę w kurwę duży wybór serów pleśniowych.

Może nic się nie zdarzy. Ale może skoro imperia upadają od tysięcy lat, to będą upadać nadal i FIFA, a przynajmniej jej wódz i twarz, nie jest żadnym wyjątkiem?