Jak co środę... JAKUB OLKIEWICZ #66

- Jest... bardzo osobista - stwierdziła rzeczowo moja żona, Anna Olkiewicz, po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książki "Sezon". Wcześniej wysyłałem jej wyrywkowo jakieś fragmenty, najczęściej te, co do których miałem wątpliwości: nadaje się to w ogóle, jest sens to umieścić w książce, nie zanudzę tym ludzi? Jeśli Ania dawała akcept - kolejną instancją był Leszek Milewski, który czytał wszystko, od razu dając mi bardzo obszerną opinię: co rozwinąć, co jest dobre, co chwyta za serce. Leszek był w ten proces zaangażowany zresztą nie tylko jako najlepsze pióro w mojej okolicy (OSTROŻNIE), nie tylko jako wspólnik, ale też jako ojciec chrzestny tej pozycji.

To Leszek powiedział, że po prostu muszę to zrobić. To Leszek wyczuł mój słaby punkt: chęć bycia fair wobec was, wobec całej naszej tetryckiej społeczności. Gdy na live przekonał ludzi, by w komentarzach zmotywowali mnie do pracy, nie miałem już wyboru, musiałem "wziąć i napisać".

A, kurczę blade, nie było wcale łatwo. Pomysł, by w ogóle coś takiego ogarnąć, pojawił się przecież o wiele wcześniej. Jeśli dobrze pamiętam, Leszek nalegał, żebym się kiedyś tym zajął jeszcze w czasach mojej gry dla Kolejarza Łódź. Gdy co parę dni uaktualniałem mu tabelę B-klasy, już po transferze do Teofilka, widziałem, że chyba coś nam bezpowrotnie umyka. To był w końcu sezon, gdy wreszcie, po tylu spadkach, po tylu porażkach, po tylu boiskowych niepowodzeniach, po tylu meczach przesiedzianych na ławce, po tylu zawalonych golach - leciałem twardo po awans, wraz z ekipą, która ogrywała kolejnych rywali na drodze do klasy A. Nie wierzyłem w to, że wygramy ligę ani na początku rozgrywek, ani w przerwie zimowej, ani w żadnym momencie wiosny, aż do chwili, gdy awans został przypieczętowany zwycięstwem 5:0 nad dzieciakami z AKS-u SMS-u III. Strzeliłem wtedy nawet gola, a strzelam gole raz na dziesięć lat.

Może nie tyle żałowałem, co czułem, że to kolejna z długiej listy sytuacji w moim życiu, gdy wziąłem się za coś zbyt późno, gdy zbyt długo odwlekałem pierwszy krok w wędrówce, gdy tak długo siedziałem w domu, że zanim dojechałem na dworzec - pociąg już odjechał. Miałem na tacy wymarzony, wyśniony sezon, gotową fabułę - 35-latek po przejściach trafia do B-klasy i w zupełnie niezrozumiały sposób, na samym finiszu swojej przygody z piłką, nagle robi awans do wyższej ligi. Ba, strzela gole. Rozdaje asysty. Gra niemal od deski do deski, często nie tylko dlatego, że jest zaangażowany, stary, że jest jednym z jedenastu ludzi obecnych na meczu, ale po prostu: zasługuje na to miejsce w składzie.

Ja, wieczny rezerwowy. Łamaga, którego wyśmiewali w kolejnych juniorskich drużynach. Teraz strzelam w tym 5:0, niemalże stawiam pieczątkę pod awansem. Leszek mówił: to jest na książkę!

Ach, gdybym tylko posłuchał Leszka, gdybym wtedy opisywał te rozgrywki, gdyby każdy mecz w B-klasie był punktem wyjścia do szerszej opowieści o futbolu. Ach, co to byłaby za piękna historia, co to byłaby za piękna książka, trochę cukierkowa, trochę pozbawiona goryczy i zwrotów akcji, ale jednak: czytelnik potrafi wybaczyć taki nadmiar słodyczy, gdy mówimy o "feel good story". A to, bez fałszywej skromności, byłoby takie "feel good story". Każdy lubi, jak starym ludziom się coś udaje. Każdy lubi, jak coś wychodzi wiecznym nieudacznikom, którzy byli wystarczająco zdeterminowani, by nie rzucić swojej aktywności w pizdu. Każdy lubi, jak grupka wyluzowanych ziomeczków po trzydziestce uciera nosa atletycznym nastolatkom. No, przynajmniej w moim otoczeniu, czyli w otoczeniu wyluzowanych ludzi po trzydziestce.

Zmierzam do tego, że to faktycznie był samograj. Nawet przy wszystkich moich wadach warsztatowych - licznych powtórzeniach, jednak ubogim słownictwie na tle prawdziwych literatów, tendencji do zagadywania dowolnego tematu, wpadania w nieistotne dygresje i opowiadania nieśmiesznych anegdot - to by płynęło. Pójdę krok dalej: idziesz do ZOO, uczysz małpę obsługi klawiatury, opowiadasz jej tę historię, puszczasz mecze i wychodzi kawał książki. A są pewne granice skromności - napisałbym to lepiej niż małpa świeżo wyuczona obsługi klawiatury.

No ale niestety, panie Jakubie, nie słuchał się pan Leszka, to zostaje siedzieć na tyłku i rozpamiętywać, że "AJEZUSMARIA", "a gdyby tylko wtedy faktycznie zacząć pisać".

Z takim nastawieniem usiadłem do "Sezonu" w A-klasie. Czułem, że jest za późno, ba, wyobrażałem sobie samego siebie w skórze jednego z moich duchowych przewodników. Hunter S. Thompson, jeden z moich dziennikarskich wzorców, poleciał dla Rolling Stone'a do Kinszasy na walkę Aliego z Foremanem. Był na miejscu, gdy tworzyło się "Rumble in the jungle". Tam też wszystko się zgadzało: wybitne pióro w absolutnie wyjątkowych okolicznościach, które dostaje od cenionego magazynu zadanie zrelacjonowania jednego z największych pojedynków XX wieku w tak malowniczych okolicznościach, że każdy czytelnik czeka z wypiekami na twarzy. Jakże wiele rzeczy tam się musiało przydarzyć w jednej chwili. Muhammad Ali. George Foreman. Nawet na takim czysto semantycznym poziomie, jakie tu można robić cuda z językiem przy opisywaniu tej bitwy kształtującej całą generację fanów boksu. Kinszasa. Rolling Stone. Rumble in the jungle.

Trochę jak w Truman Show, zupełnie jakby jakiś zewnętrzny reżyser i armia scenarzystów poukładała cały świat właśnie pod Thompsona.

A Thompson naćpany i nasypany pływał w basenie, bilety na walkę sprzedał, nie przywiózł żadnego tekstu.

Tak, awans z B-klasy do A-klasy to nie jest walka Aliego z Foremanem, podobnie jak ja nie jestem Hunterem S. Thompsonem, no i przede wszysktim: ja nie byłem nasypany i naćpany, po prostu nie byłem przekonany, że warto ten sezon opisywać. Ale reszta się zgadza. I mnie, i panu Hunterowi los wrzucił w ręce temat idealny, skrojony pod nas, tak jakby kucharz właśnie podał ulubioną potrawę, wystarczyło tylko zjeść, poddane było pod sam nos. I Hunter, i ja, przeoczyliśmy tę okazję.

Ale dodajmy: jaki Ali z Foremanem, taki Thompson. O, to puenta, która z powrotem przywołuje odpowiedni poziom pokory i skromności.

Dlatego "Sezon" zaczynam od bardzo smutnego wniosku - za granie w piłkę wziąłem się za późno. Za rzetelne treningi też. Za robienie kariery piłkarskiej również, za odchudzanie, za budowanie mięśni, a wreszcie nawet za opisywanie swoich piłkarskich przygód. Wszystko za późno. Wszystko nie w tempo. Jak większość moich podań - albo za słaba, albo za plecy, albo za lekka, albo do rywala. Nawet miałem przez chwilę taki pomysł: pisać o tym sezonie w A-klasie, który zapowiadał się na niezłą gehenną, marsz przez kolejne porażki i rozczarowania, po każdej kolejce wracając do sezonu 2024/25. Tak, tak, przerżnęliśmy z Kwiatkowicami, ale cofnijmy się raz jeszcze do pamiętnego starcia z Pisią Zygry kilkanaście miesięcy wcześniej.

Tu natomiast nie miałem złudzeń - z moją pamięcią opisywanie wczorajszego dnia jest już dużym wyzwaniem, cofnięcie się do tak odległych spotkań to właściwie zmyślanie. Już po premierze "Sezonu" jeden z kumpli ze Startu poinformował mnie, że gdzie ja pamiętałem rzut wolny, tam w rzeczywistości był karny. No tak, tego nie miałem w notatkach, musiałem bazować na własnej pamięci, więc cud, że przynajmniej kojarzyłem: stały fragment, po którym straciliśmy gola. Takich pomyłek nie tyle bym nie uniknął - one by się pewnie powtarzały w każdym meczu.

Nie, nie było wyjścia. Nie załapałem się na swoje "Rumble in the jungle", pozostaje opisywanie nudnego życia w A-klasie, ślizgania się od meczu do meczu, aż do spokojnego końca, gdy, być może, nawet nie pojedziemy na ostatnią kolejkę, bo co za różnica, czy ostatecznie wylądujemy na piątej czy siódmej pozycji w lidze.

To nie były żadne czary i gusła, to nawet nie był jakiś mój pesymistyczny stan umysłu, który zaburza zdolność logicznej oceny. Gdyby bukmacherzy wyznaczyli kursy - jako beniaminek, który ma problemy, by w ogóle regularnie trenować, z pewnością bylibyśmy wyceniani jako środek stawki. Może nie do końca walka o utrzymanie, bo mieliśmy jednak w składzie parę ciekawych nazwisk z przeszłością nawet w III lidze, ale z pewnością nie walka o awans. Zero kokieterii, zero czarowania - ten sezon zapowiadał się na zwykłe A-klasowe granko, jakiego w moim życiu już trochę było. I w Orliku Sobień, gdy jeszcze studiowałem, i w Starcie, gdy walczyliśmy o utrzymanie w tej lidze, i w Kolejarzu, gdzie po paru kolejkach było zazwyczaj jasne: ani nie awansujemy, ani nie spadniemy.

Nie ukrywam, to było wyzwanie. Leszek uważał, że cokolwiek się wydarzy na murawie - tematów nie zabraknie. Bo przecież trzeba wspomnieć o sędziach. O kolegach z szatni. O rywalach. O boiskach, o infrastukturze, o dojazdach, o relacjach rodzinnych, o trenerach, jeśli tacy w ogóle są. O uroczystościach, które cię omijają gdy jedziesz do Dłutowa, o jasełkach syna, które pokrywają się z bardzo ważnym treningiem na orliku. Wyniki będą, jakie będą, liczy się historia - przekonywał mnie ojciec chrzestny "Sezonu". I powoli nabierałem przekonania: okej, to ma sens, zróbmy coś przekrojowego, w oderwaniu ode mnie, mojej 36-letniości, mojej piłkarskiej ułomności, wyników mojego zespołu.

A potem powstało coś niemal w całości o mnie, mojej 36-letniości, mojej piłkarskiej ułomności, wynikach mojego zespołu. Tak to jest, jak sobie coś dobrze zaplanujesz, co? Ale dlaczego tak się stało, dlaczego to stała się historia tak bardzo osobista, dlaczego jednak nie mogłem stanąć z boku jako chłodny obserwator, który po prostu prowadzi kronikę życia niższych lig - tego nie chcę Wam zdradzać. Pewnie wielu z Was mniej więcej wie, jak przebiegał ten "Sezon". Ale niewielu z Was wie, co kryło się za tymi cyferkami na 90minut.

Leszek nadał przedmowie fenomenalny tytuł: "Miracle at Odrowąża 2". Hunter S. Thompson nigdy później nie dostał już niczego porównywalnego do kompletnie spierdolonego "rumble in the jungle". Ja okazję do rehabilitacji dostałem natychmiast. Z całych sił starałem się, by tym razem nie zmarnować doskonałej centry, którą zagrało mi piłkarskie życie. Ale czy padł z tego dośrodkowania gol? Musicie ocenić sami. Zapraszam na labotiga.pl, wlałem w to tyle siebie, ile się dało.

Dzięki, Leszek. To był kawał przygody i tylko dzięki Tobie nigdy jej nie zapomnę. To znaczy: zapomnę na pewno, już za chwilę, ale co jakiś czas będę mógł o niej przeczytać. Miracle at Odrowąża 2. Moje własne "rumble in the jungle", ale nie pływam nasypany w basenie. Co za czas, by być sobą.