Mundial 2026 - Dziennik Jakuba Olkiewicza #10

Im dalej w turniej, tym częściej dochodzę do wniosku, że nam, Polakom, udział w tych Mistrzostwach Świata mógłby jedynie zaszkodzić. Oczywiście, nigdy nawet nie odważyłbym się sformułować myśli, a co dopiero tę myśl puścić w obieg za pomocą klawiatury czy aparatu gębowego, że dobrze się stało, że fajnie było przegrać z tymi Szwedami, bo teraz mamy przynajmniej okazję żyć historią Vozinhi i słuchać ciekawostek Łukasza Gikiewicza o Jordanii. Nie, jestem tutaj tradycjonalistą, żadnych udziwnień nie będzie, lepiej pojechać na turniej i trzy razy dostać w czapkę, niż lampić się w rozpiskę turniejową zastanawiając się: czemu oni mogli, a my nie.

Nie zamierzam też przekonywać, że uniknęliśmy prawie 2-miesięcznej gorączki medialnej i kibicowskiej, której przebieg i konsekwencje trudno oszacować. Nikt jeszcze nigdy nie przedawkował opinii taktycznych Roberta Podolińskiego, nie odnotowaliśmy do tej pory przypadków omdleń i wymiotów, gdy ktoś po raz dwieście osiemnasty usłyszał debatę dotyczącą naturalnych predyspozycji Polaków do gry czwórką w defensywie. To nie znaczy, że tym razem też obyłoby się bez ofiar, ale też w gruncie rzeczy volunti non fit iniuria, jak ktoś sam z siebie włączył siedemnaście razy z rzędu "Polski meldunek z USA", to niech się nie dziwi, że zna już nawet rozkład łazienek na piętrze hotelu, w którym zatrzymała się reprezentacja Polski.

Nie, to by mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie - wiele bym dał, by Roman Kosecki wraz z gitarą i swoim synem omówili dla mnie bojaźliwość młodych polskich Polaków z Polski, jednocześnie przekonując, że tylko stawiając na nich jesteśmy w stanie pójść do przodu. Jarałbym się studiami rozpoczynającymi się przed północą, by dociągnąć jakoś do meczu Polaków o 2.00, byłbym w pierwszym rzędzie subskrybentów kanału Łączy Nas Piłka, z niepokojem wyglądając, dlaczego jeszcze nie mam luźnej pogadanki z "Lewusem" i "Bedim" na leżance u "dokiego" i "fizjo". Pomijam już nawet aspekty czysto sportowe, że naszym kadrowiczom, tak rzadko występującym razem, przydałby się wspólny turniej i przynajmniej 3 spotkania, że Jan Urban to sympatyczny gość i zasłużył na szansę na dużym turnieju, że duży turniej z udziałem Polaków to zawsze wielka rzecz dla popularyzacji tego sportu, że dzieciaki naturalnie ruszają pod blok, by jeszcze raz, tym razem po swojemu i z happy endem rozegrać mecz z Koreą Południową albo Senegalem.

To nie są rzeczy, których chcesz uniknąć, wręcz przeciwnie: to są rzeczy, o których marzysz. I faktycznie, udział w mundialu 2026 pozostanie niespełnionym marzeniem, również z uwagi na fakt, że była okazja być częścią czegoś historycznego i unikatowego - pierwszy raz w 48 drużyn, pierwszy raz w trzech państwach, gdzie odległość między stadionami jest tak wielka.

Natomiast za nami już prawie 1/3 turnieju. I niestety wiem, w których butach prawdopodobnie byśmy tam grali.

Od razu zaznaczmy - jest pewne i bezdyskusyjne, że nie udałoby się wskoczyć w fikuśne bambosze, w których przyjechali na turniej Curacao, Haiti czy Panama. Każda z tych reprezentacji pewnie dostanie mocno po karku, zwłaszcza Curacao i Haiti wyglądają na takich, którzy mieliby problem z zawsze groźnymi Łotyszami. Ale w gruncie rzeczy oni jechali z takim luzem, z taką dumą, że w ogóle biorą udział w imprezie, że nieironicznie wyznają hasło: "dobre i cokolwiek". Curacao? No strzeliliśmy gola Niemcom, ludzie, czy można było oczekiwać więcej po tym turnieju? Jako reprezentacja Holandii B czy jako reprezentacja wyspy o liczbie mieszkańców zbliżonej do Kielc - poprzeczka wisiała bardzo nisko, o ile ktokolwiek kłopotał się tym, by ją zawiesić, a nie rzucić gdzieś w kąt. Każda z reprezentacji egzotycznych, debiutujących na mundialu, pozostających beneficjentem albo rozszerzonej liczby zespołów, albo aż trzech gospodarzy z tej samej strefy - chwilą radości powita każdy rzut rożny, każdy kwadrans bez utraty gola, każdą szansę na remis.

W naszym wypadku umiarkowane zadowolenie, bo udało się strzelić jednego gola z Niemcami byłoby absolutnie wykluczone. Gdybyśmy pokonali Szwedów i faktycznie na miesiąc zamieszkali w Dallas, z pewnością postrzegalibyśmy siebie raczej w kategoriach: jesteśmy przedstawicielem silnej strefy, mamy paru zawodników w mocnych klubach, wykorzystajmy to, że gramy z jakąś egzotyką pokroju Republiki Południowej Afryki.

- Dzień dobry - a może nawet "dobry djen" mówią nam nasi kuzyni zza południowej granicy. Ależ grupka nam się trafiła, no szkoda będzie tutaj zająć drugie miejsce, miejmy nadzieję, że Meksyk nie będzie się za bardzo stawiał. Bo że opędzlujemy Koreę Południową i RPA to chyba nikt nie ma wątpliwości? Kurczę, nawet argumentum ad ligum - i Czesi, i my mamy teraz niezłą passę w kwestii europejskich pucharów, budowy rankingu, generalnie: wzrostu rodzimej ligi. A RPA? Tam połowa kadry to jakieś Mamelodi Sundowns. Dajcie spokój, spójrzmy lepiej, na kogo możemy trafić w kolejnej fazie.

Obejrzałem oba mecze Czechów. Żałuję. Szczególnie, że wyobraźnia robiła swoje - jakże łatwo było podstawić sobie pod zmartwionego Soucka bardzo podobnego pod względem sylwetki Bednarka? Pod dziwaczne wykończenia skądinąd dobrego napastnika, Patricka Schicka, wyczyny Roberta Lewandowskiego? O rety, oglądając zwłaszcza ten drugi mecz, z RPA, już słyszałem te studia przedmeczowe.

- Nasi rywale w meczu z Meksykiem dostali dwie czerwone kartki, w tym jedną za zdzielenie typa w łeb. Gdy mieli rzut wolny tuż przed polem karnym, to wyszła z tego kontra dla Meksyku. Ich trener ma sto lat, a środek pola nie ogarnia. Tak, z Koreą Południową daliśmy sobie wyrwać prowadzenie, ale z RPA nie ma żadnych wymówek! Żadnych! Wystarczy spojrzeć na przynależność klubową naszych zawodników i tych Mameluków Sundowns.

Jakże to byłoby bolesne, jakże by to wszystko krwawiło. A przecież wiem doskonale, że nawet, gdybyśmy jakimś cudem zagrali dobrze, to byłoby to zagranie dobrze w typie reprezentacji Turcji. Arda Guler z Realu Madryt, z samego Realu Madryt, rozumiecie, kochani? Kenan Yildiz. Jego cieszynkę z gwiazdą na TikToku próbowała odtworzyć nawet Young Leosia (nie wiem, czy tak było, improwizuję). A Vincenzo Montella? Strateg. Ciągłość pracy. Konsekwencja. Imię Vincenzo. Niezbędnik, by być mocnym. A jeszcze ta grupa, z Paragwajem i Australią. Panowie, ręce na kołdrę, wiadomo, ale tu się może przydarzyć powtórka z historii, gdy Turcja dotarła aż do półfinału.

No i co? I znów przed oczami biało-czerwoni. Przeważają, mają wyższe posiadanie piłki, próbują, piłkarska jakość i tzw. kultura gry są raczej po ich stronie - zresztą czy może być inaczej w starciach z Australią czy Paragwajem? Ale po pierwsze - do bramki rywala nic nie chce wpaść. Po drugie - do własnej bramki wpada niemal wszystko, co spróbowali kopnąć rywale. Natomiast te czysto boiskowe historie to przecież ledwie wierzchołek - bo chodzi w gruncie rzeczy o rozstrzał pomiędzy oczekiwaniami i rzeczywistością. Turcja naprawdę była typowana do roli czarnego konia przez wielu ludzi śledzących światowy futbol, ba, był to typ w pełni uzasadniony, biorąc pod uwagę i ich dotychczasowe wyniki, i szerokość oraz jakość kadry, i nawet postać selekcjonera, który to wszystko układa.

Ale zamiast tego jest sytuacja do tej pory zarezerwowana jedynie dla Polaków - odpadnięcie z turnieju już po drugiej kolejce, choć przecież obowiązuje jeszcze ranking trzecich miejsc, gdzie spośród dwunastu przegrańców ośmiu grzechy z fazy grupowej zostaną odpuszczone.

Utyskiwaliśmy na to trochę przez całą pierwszą kolejkę - Niemcy golą Curacao 7:1 i są praktycznie pewni gry dalej, mogliby nawet dwa razy zagrać Neuerem w ataku. Przy dobrych wiatrach wystarczy jeden dobry mecz, jedna porządna strzelanina i już się załapujesz na to biorące trzecie miejsce. Ale Turcja pograła tak, że nie ma już nawet matematycznych szans na przejście dalej, odpada z turnieju jako pierwsza, jeszcze przed tymi wszystkimi egzotycznymi reprezentacjami z Karaibów i Afryki. Ten scenariusz też wydaje mi się arcypolski, zwłaszcza, że coś jednak po Turkach z tego turnieju zostanie.

Po pierwsze - historyczna czerwona kartka dla piłkarza Paragwaju zakapowanego przez Turka, że zasłania usta podczas słownej batalii z przeciwnikiem. Turek pobiegł do sędziego w karykaturalnym wręcz tempie, jego reprezentacja dzięki tej zręcznej pyskówce zyskała prawie połowę meczu w przewadze. Ale skoro i tak odpadają, to zamiast orderu za fantastyczną zagrywkę taktyczną, Muldur został memem.

Po drugie - ponad 60 strzałów, xG wystrzelone w Kosmos, potężna przewaga pod każdym względem i dwie porażki z dwoma rywalami skazywanymi na pożarcie przez potężną Turcję. Może i jest to trochę traktat o tym, jak futbol jest niesprawiedliwy, jak piłkarskie umiejętności czasem przegrywają z bardzo ofiarnym rzucaniem się pod nogi strzelca we własnym polu karnym. Ale trochę jest to pewnie po prostu łatka straszliwego pierdoły, jaką po tym turnieju przykleja się na plecy Turcji.

Zostają po tobie memy związane z bieganiem na skargę do sędziego i trochę kręcenia z niedowierzaniem głową: jak to możliwe, jak to się mogło stać.

Czy to przypadek, że Turcja też ma w barwach sporo bieli i czerwieni?

Ostatni akcent: to pewnie bylibyśmy my. Są na tym turnieju reprezentacje opierające się na starych ludziach, którzy kiedyś byli absolutnymi mistrzami w swoim fachu. Niektóre z nich nawet leżą na tym samym kontynencie. I choć koledzy z Portugalii zrobili wszystko, by starszemu panu Krystianowi było miło, choć koledzy z Bośni i Hercegowiny zrobili wszystko, by na twarzy dostojnego pana Edina zagościł uśmiech - na razie nie udaje się ten turniej gwiazdom pamiętającym jeszcze świat bez iPhone'ów. Nawet niezawodny Luka Modrić... Cóż, trochę zawiódł, co stawia znak zapytania przy epitecie niezawodny.

To nie byłoby piękne pożegnanie Roberta Lewandowskiego ze światem wielkich piłkarskich turniejów, to nie byłaby kropka nad i w jego fantastycznej karierze reprezentacyjnej. Obserwując mundial nie czuję, nie przewiduję, a po prostu wiem: ktoś napisałby zdanie "stary dekarz się skończył". Choć akurat w starych ludzi pokroju Dżeko, Ronaldo i Modricia wciąż wierzę, mają jeszcze trochę tego turnieju, by pokazać, że nowoczesna medycyna jest skuteczniejsza niż znachorzy próbujący wydłużyć karierę 34-letniego Grzegorza Laty. Ale początek mają w najlepszym razie niemrawy.

Minusów z absencji Polski na mundialu są setki, wymieniłem część, jak choćby niemożność wysłuchania kolejnych tyrad byłych polskich piłkarzy na temat zgnilizny panującej we współczesnej piłce. Ale plusy są trzy. Nie jesteśmy Czechami, a pewnie byśmy nimi byli. Nie jesteśmy Turkami, a pewnie byśmy nimi byli. No i Robert Lewandowski nie męczy się jak Cristiano Ronaldo - a było takie zagrożenie przez dużą część barażu ze Szwecją.

Problem? Właśnie Szwecja. Jak tak dalej będzie grać, to zawsze będziemy żyć mitem: to mogliśmy być my. Choć w głębi duszy każdy wie: 1:1 z Tunezją po wylewie w obronie tuż przed przerwą i karnym w 76. minucie po samotnej szarży Pietuszewskiego. Tego też udało się uniknąć!