Mundial 2026 - Dziennik Jakuba Olkiewicza #19

Generalnie staram się nie boomerować, choć z każdym rokiem pokusa boomerowania jest coraz większa. Wiem doskonale, że duża część sentymentalnych wspominek o fantastycznych latach dziewięćdziesiątych to tylko tęsknota za dzieciństwem i dziecinną beztroską. Wiem, że rap na pewno nie był wtedy lepszy, piłka nożna wcale nie była czystsza, zwłaszcza w Polsce, a latające kamienie na trybunach to zjawisko, które średnio nadaje się do wspominania z rozrzewnieniem i ekscytacją. Jestem świadomy, że fakt mieszkania w jeziorze w dwudziestu, pracy na cztery etaty, żywienia się wyłącznie marzeniami i prestiżem nie dają jeszcze przyzwolenia na pogardliwe spojrzenia wobec obecnego "rozpieszczonego" pokolenia.

Staram się nadążać za nowinkami. Nie oburzam się na obecność w życiu młodych ludzi Tik-Toka, Wojanka oraz Robloxa, czymkolwiek są te dwa ostatnie. Nawet w piłce nożnej staram się trzymać na wodzy tradycyjną boomerską odklejkę, która nakazuje sądzić, że wszystkie dobre rzeczy w futbolu wydarzyły się najpóźniej w 2005 roku. Odzwyczaiłem się już od narzekania, że Radomiak Radom to nie Stomil Olsztyn, a Motor Lublin to marna kopia Hutnika Kraków, że Ishak nigdy nie zastąpi Mikulenasa, a Brunes Zeigby. Czasem nawet gryzę się w język, gdy mam ochotę ponarzekać na Stadionie Króla, że stara Galera to był unikalny klimat, którego nie da się już nijak wskrzesić na naszym wymuskanym nowym obiekcie.

Nawet jeśli w głębi serca wiem, że restauracje były wtedy smaczniejsze, napoje bardziej kolorowe, futbol atrakcyjniejszy, samochody szybsze, trybuny bardziej kreatywne a piłkarze mniej uczesani - to nie dzielę się tym ze światem, świadomy, że ta wiedza nikomu się nie przyda, a co więcej - znajdzie się grono sceptycznych niedowiarków podważających moje arbitralne osądy co do wyższości tego co było nad tym co jest. W istocie: chyba po prostu bardzo obawiam się tej uniwersalnej odzywki "ok, boomer", którą młodzież stosuje wymiennie z "szach mat". To jest sytuacja znana właśnie z królewskiej gry, nie masz gdzie się ruszyć, nie masz jak zripostować. "Ok, boomer" kończy grę, bo to lekceważąca akceptacja dziwactw starego wariata.

- KAYAH Z BREGOVICIEM TO BYŁA MUZYKA, A NIE TE WASZE UMCYK, UMCYK!

- Ok, boomer. Whatever.

Odechciewa ci się krzyczeć, odechciewa ci się argumentować, walczyć, to jest jak odebranie całego oręża, jak zrzucenie do lochu, z którego można sobie co najwyżej coś pokrzyczeć przez kraty. Wiem, jak wiele spośród moich skrzętnie skrywanych poglądów mogłoby zaowocować tą ripostą.

- Tęsknię za błękitem jezior na koszulkach Stomilu w Ekstraklasie.

- Lubiłem spontaniczne odpalanie rac, po dwie, trzy sztuki w momencie strzelenia gola.

- Uważam, że Arifović był naprawdę dobry, nie przyjmuję argumentów o tym, że wcale tak dużo nie trafiał.

- Te nowoczesne areny są bezduszne.

Mógłbym tak długo, naprawdę, pogrążając się wizerunkowo jako człowiek, który przegrał z upływającym czasem, jako jeden z tych wszystkich staruszków, którzy spacerują z rękami złożonymi z tyłu, czasem coś mrucząc pod nosem, że nowoczesna architektura/nowoczesne społeczeństwo/nowoczesne pojazdy/nowoczesność jako taka są chuja warte. Nie robię tego, bo przecież wszyscy poznaliście mnie jako wybitnie młodzieżowego ziomeczka, który jest cool i jazzy, nie chcę zrywać z tym fancy imidżem.

Ale muszę, po prostu muszę dać upust swojemu duszonemu głęboko w sercu boomerstwu w przynajmniej jednym mundialowym temacie.

Nie akceptuję Kanady.

Nie rozumiem, nie dopuszczam do siebie, to jest dla mnie rubikon, którego nie mam zamiaru przekraczać. Czytałem z niemałym rozbawieniem analizy losowania grup w wykonaniu młodych ludzi z otwartymi głowami, którzy słusznie wytykali boomerom jak ja: wiecie dlaczego wam się Republika Zielonego Przylądka nie podoba? Bo nie jest Kamerunem, a jak byliście młodzi, to Kamerun był dobry. Razi was Demokratyczna Republika Konga, bo nie pamiętacie takiego państwa nawet z geografii, a na mundialach jaraliście się Jay-Jay Okochą i Celestinem Babayaro. Nigeria wygrałaby ten baraż i nie byłoby o nią jakiegokolwiek wycia. Analogicznie sytuacja wygląda w Europie. Narzekacie na to, że jedzie pół kontynentu, bo Bośnia i Hercegowina ograła Włochów. Pojechaliby uczesani "La Squadra Azzurra" i nikt by się słowem nie odezwał.

Przeszkadzałby wam w Ekstraklasie Chrobry Głogów, ale nikt nie narzekałby na wspomniane Hutnik, Stomil czy Odrę Wodzisław Śląski. Sapicie na świeżo utworzone państwa, ale w komplecie śledziliście Davora Sukera w 1998 roku.

Mówią nam: dla was kanoniczny jest 1995 rok i każde odstępstwo futbolu od stanu, w jakim był w 1995 roku stanowi dla was błąd w systemie. Dlatego znacie Auxerre, a ignorujecie istnienie Brest. Dlatego Como to dla was wydziwianie, powinna w ich miejscu być Parma. W Anglii na B jest Blackburn, a nie Brentford, w Hiszpanii wciąż wzdychacie do Deportivo la Coruna, w Niemczech brakuje wam Bochum, a tak w ogóle to Wałdocha.

Wstydliwie spuszczam wzrok, bo taka jest prawda. Dlatego zresztą staram się nie boomerować, bo wiem, że argumenty zwyczajnie są po drugiej stronie, że nam zostaje otwarcie i bezwstydnie przyznać: powinno być, jak my mówimy, bo my się tak przyzwyczailiśmy. Przyzwyczailiśmy się, że są Manchester United, AC Milan i Olympique Lyon, więc spieprzać nam tu z jakimiś wynalazkami z Monzy czy innego Como. Nie obchodzi nas aktualna siła, nie obchodzą nas nawet historyczne tradycje, liczy się to, co było w latach dziewięćdziesiątych, w "defaultowej" dekadzie. Za każdym razem gdy Ekstraklasa odbiega od składu ówczesnej I ligi, gdy Serie A to już nie czas mocnej Fiorentiny Batistuty, Parmy Verona i Milanu Inzaghiego, to znaczy, że coś jest nie tak i najlepiej byłoby powrócić do ustawień fabrycznych.

Wiem to wszystko, akceptuję to, walczę z tym. Ale Kanada to jest za wiele.

Kanady w futbolu dla mnie nie ma, nie było i nigdy nie powinno być. Była sobie fajnym, egzotycznym przykładem, że jest tam jakiś Radzinski, co ma polskie pochodzenie i niewiele więcej. Komu to przeszkadzało? Był szał na futbol w różnych dziwnych miejscach - Nowy Jork Cosmos ściągnął nawet Stanisława Terleckiego, do Chin wyjechały mega-gwiazdy, oazą dla podstarzałych weteranów futbolu stał się Bliski Wschód. Ale Kanada? Kanada jest niekanoniczna pod wszystkimi możliwymi względami. Jakie tam są tradycje futbolowe? Jakie tam są miasta kojarzone z ich drużynami piłkarskimi? Nawet hardkorowy wyznawca roku 1995 powie bez wahania - Chicago to Fire, Los Angeles to Galaxy, San Jose to Earthquakes. Stany Zjednoczone zresztą organizowały mundial w 1994 roku, miały tego swojego Lalasa, a potem Donovana czy innego Dempseya. Nagrały kilka filmów, ściągnęły trochę kapitału, pokazały się jako kraj, który chce pokochać soccer.

W różnych białych plamach na futbolowej mapie wyrastały jakieś delikatne organizmy pionierskie. Nawet jak Trynidad i Tobago dostawał się na wielką imprezę, to można było się chwycić Yorke'a z legendarnej drużyny Sir Alexa Fergusona. Ale Kanada? Co ma Kanada, skąd, dlaczego ktoś jej to w ogóle dał?

Odrzucam istnienie futbolowej Kanady na wszystkich poziomach. Ten drużynowy aspekt jest jasny - pamiętam mundiale w 1998 i 2002 roku, czytałem dużo o 1994 i paru wcześniejszych. Nie było tam Kanady. Ten indywidualny? No był Radzinski. I to tyle. Z pamięci człowiek wymienia kolejne gwiazdy z kolejnych egzotycznych miejsc. Jefferson Farfan w Peru, ależ kot. Albo Valderrama w Kolumbii. Cuauhtemoc Blanco z Meksyku, Kuffour z Ghany, Kewell z Australii, Ali Daei z Iranu, Chilavert z Paragwaju, Hatem Trabelsi z Tunezji.

Ale Kanada!?

To może chociaż kluby? Nie. Pustka. Nic. Człowiek ma napchaną głowę tymi wszystkimi Colo-Colo, tymi Guangzhou Evergrande, nie wspominając oczywiście o wszystkich argentyńskich, brazylijskich czy urugwajskich klubach. Ale w Kanadzie? Tam w ogóle jest liga? Czy może mają swoje zespoły w MLS?

Ja wiem, znam, kojarzę. Alphonso Davies, podobno dobry. Jonathan David, swego czasu trafiałem go w każdej paczce EAFC. Wiem, że są tam jacyś kibice, teraz nawet podobno podjarani mistrzostwami organizowanymi również przez Kanadę. Co więcej, opędzlowali to RPA, są w 1/8 finału Mistrzostw Świata, są wśród szesnastu najlepszych na globie.

Ale to jest, kurde bele, Kanada.

Popularni "Nic-o-nich-nie-powiemersi", popularni "W-90-tych-ich-nie-byłonici". To jest jak Bruk-Bet Nieciecza na sterydach, to jest jak nagłe pojawienie się Kosowa na jakichś mistrzostwach, to jest jak stwierdzenie, że Nigeria i Kamerun już nie są najlepsze w całej Afryce. Jeden wielki gigantyczny znak, przypominający, że 1999 rok się skończył, i to ponad ćwierć wieku temu. Kanada całym swoim jestestwem, całym ostentacyjnym brakiem jakichkolwiek piłkarskich tradycji, swoim przekonaniem, że już zasługują na miejsce przy stole z tymi, którzy siedzą tu od lat, po prostu wnerwia mnie podobnych boomerów. Widzę to w oczach swoich rówieśników, pobratymców, którzy widzą świat podobnie. Bóg pięć dni ciężko pracował, by szóstego już tylko machnąć lata dziewięćdziesiąte, na podobieństwo rajskiego Edenu. Wszystko, co potem zaprzeczało rzeczywistości lat dziewięćdziesiątych, tak naprawdę jest grzechem. Rap inny niż Paktofoniki i Liroya, wokalistki inne niż Edyta Górniak i Justyna Steczkowska, auta inne niż duże i małe fiaty, to wszystko są przewinienia przeciw, raz jeszcze powtórzę, ustawieniom defaultowym.

Kanada tu nie pasuje, bo jej wtedy nie było. Kanada tu nie pasuje, trochę kłuje w oczy. Kanada przypomina, że nie jesteśmy już młodzi, Kanada jest tak irytująca dla boomerów, że nie potrafiłem się pohamować.

Gdy RPA traciło gola w samej końcówce pierwszego meczu fazy pucharowej, wiedziałem dobrze: game is gone. Futbol z Kanadą to już nie to samo, co futbol bez Kanady. Nie próbujcie mnie przekonać, jako boomer jestem nie tylko sentymentalny, ale też uparty.

Całe szczęście, że w kolejnej rundzie będzie już Maroko (Moustapha Hadji, Nouredinne Naybet) albo Holandia (oj, bardzo "najntinsowa" reprezentacja!). Kanado, ani kroku dalej. My, boomerzy, dostaliśmy już do przetrawienia nowy format mundialu, cooling breaki, udział w imprezie Curacao czy Haiti, oszczędźcie nam chociaż Kanady w dalszych fazach.