Długo błądziliśmy, długo kluczyliśmy gdzieś po futbolowych bezdrożach, długo chodziliśmy po diagnozy do jakichś szemranych znachorów czy szarlatanów ze sfałszowanymi referencjami. Jeden z nich krzyczał, wspierając się na dębowym kosturze: futbol traci młodych, bo jest zbyt powolny, mecze są zbyt długie, musimy przystosować się do tik-tokowych umysłów, albo powoli gnić na śmietniku historii. Inny ripostował, na moment odkładając lupę, przez którą studiował antyczne grymuary: futbol umiera, bo wyłazi z każdej dziury, bo zapycha każdą sekundę wolnego czasu, bo nie da się już za nim nadążyć. Meczów jest za dużo, programów jest za dużo, futbolu jest za dużo. Zawróćmy z tej drogi, albo zginiemy!
Ci mędrcy z Kosmosu nie przestawali gadać, tymczasem zarówno prawda, jak i właściwa diagnoza, były tuż za rogiem. Rozwiązanie leżało na stole, ba, tuż obok już fachowy doktor zaczął wypisywać receptę. Otóż: młodzi ludzie przestali się zakochiwać w futbolu, bo Brazylia gówno gra.
Drogi czytelniku, niezależnie czy stary, czy też młody, zajrzyj daleko wstecz, do czasu, gdy zapałałeś do futbolu czystą, autentyczną miłością, nieskażoną jeszcze porażkami, cierpieniami, spadkami z ligi i innymi nieprzyjemnościami, z którymi wiąże się ta pasja. Wiem, że też to widzisz. Żółta poświata, blask przypominający trochę pierwsze promienie słońca na wakacjach gdzieś nad Bałtykiem. Ale i ten niebieski, właściwie błękitny kolor zlokalizowany trochę niżej. Może to właśnie woda, oddzielająca złocisty piasek od linii horyzontu? Nie, porusza się zbyt szybko. Żółta góra, niebieski dół. Tak, nabiera kształtów, staje się coraz wyraźniejszy. To jest właśnie pan Brazylijczyk. Biegnie, pewnie strzelić gola, a może tylko kogoś ośmieszyć dryblingiem. Może zdobyć Mistrzostwo Świata, a może tylko pobić jakiś kolejny rekord.
Jeśli pochodzisz z kenozoiku, z pewnością od razu widzisz Pele, może jeszcze Garrinchę albo Jairzinho. Nawet jeśli ich nie widzisz - to słyszysz te melodyjne ksywki, przypominasz sobie ich brzmienie, gdy przez radio słuchałeś o kolejnych niesamowitych wyczynach Brazylii na Mistrzostwach Świata. A może zakochałeś się trochę później? Może wspominasz Socratesa, wizualizując sobie występy tego eleganta i inteligenta w dość brutalnym świecie futbolu? Dalej nie będę wymieniał, bo na tamte czasy zwyczajnie się nie załapałem, nie chciałbym wprowadzić kogoś w błąd - ten błysk żółtej koszulki i niebieskich spodenek w waszej świadomości to może być przecież Rivellino, a nie Zico.
Ale co jeśli pochodzisz już z epoki kolorowych telewizorów, na których obok meczów Brazylii leciały też reklamy Nike'a? Już pal licho ten pierwszy szereg, Ronaldo, Rivaldo, Romario, Roberto Carlos, później Ronaldinho, Robinho, Adriano, Kaka - o każdym z miejsca znamy osiem anegdot, wymienimy dziesięć słynnych goli, dwanaście viralowych akcji. Nadpodaż była tak szalona, że brazylijskich czarodziejów do podziwiania przed telewizorem miał każdy szanujący się europejski klub (Juninho, Djalminha, Jardel, Elber), ale i niektóre reprezentacje (Roger Guerreiro, Deco, ci z Rosji, ci z Kazachstanu). Już w Skarbie Kibica żartowaliśmy z Leszkiem, że seksowni Brazylijczycy byli w absolutnie każdej okolicy i nie był to żaden scam, nawet w Polsce każdy chciał mieć swojego Rodrigo Carbone, swojego Ediego Andradinę, albo chociaż swojego Marcusa Viniciusa. To był czas, gdy Brazylijczycy pełnili funkcję apostołów futbolu, opuszczających Brazylię wyłącznie po to, by i w Europie zobaczyli, co to drybling, bajerka, taniec na murawie i poza nią. Liczny korpus dyplomatyczny złożony z setek większych i mniejszych ambasadorów.
A u wszystkich jedna misja: zjednywać kolejne serca, rozkochiwać w sobie kolejne pokolenia fanów futbolu. To zwyczajnie działało - dzieciak zobaczył raz serię zwodów Ronaldinho i strzał Adriano w PES6, a już nigdy nie chciał porzucić, ani futbolu, ani Brazylii. To były te słynne pierwsze darmowe działki - futbol daje ci czarującego Denilsona, spróbujesz, zasmakujesz, a potem do końca życia bujasz się z Norlinami czy Tomami, próbując utrzymać równowagę psychiczną.
Ale dziś? Świeżo po obejrzeniu tej Brazylii, zwłaszcza pierwszych 30 minut ich meczu przeciw Maroku?
Już pal licho te ujęcia na Neymara, stanowiące jasny dowód tęsknoty za elementem jakiejkolwiek magii. Bodaj jedyni Brazylijczycy aspirujący do miana w miarę seksownych, to Vinicius i Raphinha, duet z dwóch największych klubów Hiszpanii. Pierwszy - irytujący jak mało która postać we współczesnym futbolu. Drugi? No jednak bez kontaktu z wyliczanką innych ludzi na R, od Romario po Ronaldinho. Te pierwsze pół godziny meczu - ale i końcówka, gdy Marokańczycy wcale nie musieli zamykać się na własnej połowie, to smutne podsumowanie całego obecnego cyklu brazylijskiej kadry. Piąte miejsce w eliminacjach strefy CONMEBOL to nie tyle porażka, co absolutna klęska, obrazująca w pełni kondycję brazylijskiego futbolu w połowie lat dwudziestych XXI wieku. Brak liderów, brak czarodziejów i brak wyników to te trzy najpoważniejsze problemy - ale przecież moglibyśmy jeszcze podlać ten pożar benzyną, wskazując, że najlepszy i najbardziej fantazyjny piłkarz pierwszego starcia Brazylii na mundialu to 18-latek z Maroka. Że najładniejsze i najbardziej kreatywne zagranie, to asysta i wykończenie przy golu na 1:0 dla Maroka.
Jasne, Brazylia może jeszcze sięgnąć po tytuł mistrza świata, Brazylia może pokochać każdego z powołanych zawodników, bo przecież nic nie rozbudza miłości do piłkarzy tak jak zdobyte przez nich trofea i wygrane przez nich mecze. Ale na ten moment Brazylia nie spełnia swojej podstawowej roli: nie sprawia, że młodzi ludzie zakochują się w piłce nożnej.
Najbardziej zadziwia Vinicius, który w teorii posiada wszystko. A w praktyce? Nawet dzieciaki, z którymi mam kontakt, fani Realu, lubią go trochę z urzędu, bo jednak wypada lubić gościa z nr 7 w ulubionym zespole. Oczywiście, mam tutaj zawężony punkt widzenia, bo oglądam go właściwie wyłącznie w dużych meczach, a co za tym idzie - z najsilniejszymi rywalami i z największą presją. Może gdybym pooglądał go w ligowej młócce, mijającego kolejne pachołki, tylko dla niepoznaki ozdobione koszulkami aktualnego rywala? Może wtedy bym go pokochał jak mediolańskie przygody Ronaldo. A może wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej zżymałbym się na brak regularności, na to, że tylko macha rękami w wielu swoich meczach czy to w Realu, czy w Brazylii?
Od dziecka fascynowało mnie, co stanie się z państwami żyjącymi z paliw kopalnych, gdy już wykopią spod ziemi wszystko, co mają. Dziś wyobrażam sobie, że to co z reprezentacją Brazylii, gdy już pokończyły się Neymary i Kaki, a zaczęło rzeźbienie w piątym zespole kontynentu.
Taki Bełchatów to przynajmniej zaleje sobie dziurę wodą i stworzy w województwie łódzkim odpowiedź na Balaton. A Brazylia? Może musi fedrować głębiej? Ale czy da się fedrować jeszcze głębiej niż w Brentford, Al-Ahly czy Gremio?
*
Szwajcarzy z kolei grali tak ospale i na minimum przyzwoitości, że w jednej z ostatnich akcji przeciw Katarowi dostali bramkę na 1:1. Gdy sprawa dotyczy totalnie mi obojętnych drużyn - zazwyczaj sympatyzuję z tymi, którzy skarcili kunktatorstwo, minimalizm i wolne szybowanie do końcowego gwizdka. Ale sprawa dotyczyła Szwajcarów. Sprawa dotyczyła Granita Xhaki.
Co mi zrobił ten, skądinąd dość sympatyczny, piłkarz? Otóż cały czas pamiętam mecz Serbii ze Szwajcarią na Mistrzostwach Świata w 2018 roku. Szwajcarscy piłkarze albańskiego pochodzenia po golu dla swojej reprezentacji podbiegli do serbskich kibiców i wykonali gest orła, utożsamiany z albańskimi ruchami narodowymi (a czasem po prostu z albańskimi patriotami, zależy, czy zapytasz Serba, czy Albańczyka). Sam konflikt serbsko-albańsko-kosowski jest bardzo złożony, stosunki Serbów z sąsiadami, z Rosją, z resztą Europy - również. Już dawno wyleczyłem się z bezgranicznej i bezkrytycznej sympatii do Serbów, ale jestem też daleki od upatrywania w nich jedynie diabłów, którzy nie zasługują na jakąkolwiek wyrozumiałość.
Natomiast tu ubodła mnie przede wszystkim hipokryzja Szwajcarów. Gdy Kosowo nie miało jeszcze swojej reprezentacji, a Albania nie miała większych szans na jakiekolwiek piłkarskie sukcesy, Xhaka czy Shaqiri swoje pochodzenie manifestowali jedynie flagami nadrukowanymi na piłkarskich butach - reprezentując jednak już swoją nową ojczyznę. Słowa były dość tanie, deklaracje, że gdyby tylko była możliwość reprezentowania Kosowa, to z pewnością by to rozważyli - nic nie kosztowały w czasach, gdy Kosowa na futbolowej mapie nie było. Ale w 2016 roku Kosowo dołączyło do UEFA, a Xhaka i Shaqiri pozostali w Szwajcarii. Drugi Xhaka - w Albanii. A przecież choćby Valon Berisha, po 20 występach dla reprezentacji Norwegii, zagrał w historycznym, pierwszym meczu Kosowa w eliminacjach Mistrzostw Świata 2018.
Była okazja by swój albański czy kosowski patriotyzm udowodnić konkretnymi czynami, konkretnymi decyzjami. Zamiast tego pozostały jedynie populistyczne gesty. Od tej pory nie umiem się nie uśmiechnąć, gdy Xhaka w coś przegrywa. No, niech będzie, że remisuje.