Totaalvoetbal. Już na poziomie samego brzmienia, już na poziomie tłumaczenia na inne języki, łącznie z polskim "futbolem totalnym" - to zwyczajnie musiało się udać. Od dawna mam w życiu stabilną, niemal nienaruszalną zasadę: jak coś się dobrze nazywa, to pewnie jest dobre. Nie zawiodła mnie w przypadku żurku, nie zawiodła w przypadku Arjena Robbena, nie zawiodła, gdy pierwszy raz usłyszałem, a potem pierwszy raz sprawdziłem, czym jest kalistenika oraz ćwiczenia plyomteryczne. Jeśli coś nazywa się belgradzką Marakaną, to warto obejrzeć tam mecz, jeśli restauracja nazywa się Senioritas, to warto spróbować tam quesadillę, jeśli filozofia futbolu nazywa się cruyiffizmem, to warto ją wyznawać.
Holenderski futbol ma w sobie coś magnetycznego, coś czarującego, coś, co przyciąga do niego nawet w okresach, coraz częstszych, gdy w mediach słychać głównie narzekanie na odejście od doktryny. "Generał" Rinus Michels, który dał podwaliny pod ten totalny futbol. Samo brzmienie imienia i nazwiska Johana Cruyffa, który pewnie piłkarsko nigdy nie dotarł pod nieboskłon z Pele, Maradoną, a potem Messim i Ronaldo, natomiast pod względem dziedzictwa pewnie skasował całą czwórkę. Ajax Amsterdam, ten z połowy lat dziewięćdziesiątych, ale i ten z Ziyechem, Tadiciem i de Jongiem, robiący w jakiś kuriozalny sposób półfinał Ligi Mistrzów. Betonowe amsterdamskie boiska, panna football, piłka oparta na zakładaniu rybki, sita czy dziury, techniczna gra na twardym miejskim placu, gdzie ani przeciwnik, ani osiedlowcy za siatką, ani tym bardziej boisko nie wybacza błędów.
Kurczę, zostańmy na chwilę przy tym ostatnim, bo choć nigdy nie byłem nawet w pobliżu granic Holandii, czuję to, co wielu innych podobnych gamoni na całym świecie - ja w tym Amsterdamie byłem, ja w tym Amsterdamie grałem. Sama nazwa, panna football, czy właśnie określenie przedziurawienia rywala posyłając piłkę między jego nogami mianem "panna" - korzeni tego słowa, tej gry, tego slangu czy nawet specyficznego stylu trzeba szukać gdzieś w naleciałościach z języka kreolskiego sranan tongo. Kreolski, sranan tongo, panna - nagromadzenie dobrze brzmiących słów jest tak wielkie, że nie może dziwić nazywanie w ten sposób jednej z najbardziej efektownych składowych futbolu. Przecież takie efektowne dryblingi, mijanie rywala z ośmieszeniem go po drodze, zdobywanie przestrzeni na boisku, ale też przewagi mentalnej, to jednocześnie sól, pieprz i oregano futbolu.
Wielu z nas, nawet jeśli nigdy nie zdarło sobie kolan na asfalcie holenderskich slumsów, zdzierało sobie kolana w podobnie bezczelnych gierkach na Bałutach, Pradze czy innych Jeżycach. Nawet jeśli żaden z nas nie zbliżył się nigdy techniką do Holendrów, którzy po przejściu tej szkoły życia podbijali najsilniejsze ligi świata, to jakiś rodzaj podziwu i szacunku, ale również identyfikowania się pozostał.
Gdy tak przesuwają mi się przed oczami kolejne obrazki, mam właściwie jeden wniosek. Holenderski futbol miał, ma i chyba zawsze będzie miał to, co w 2026 roku najczęściej nazywa się "aurą". Wcześniej pewnie użylibyśmy słowa "vibe", albo "wibracja", a jeszcze wcześniej: "klimat" lub "powab".
Wystawienie kilkunastu wychowanków w ważnym meczu. Zagranie właściwie bez układu nerwowego w cholernie ważnym spotkaniu. Pyskate, czasem bezczelne zagrywki - i to zarówno w wykonaniu tych blondynków o urodzie cherubinka, jak i czarnoskórych prawie-raperów z finezyjnymi dredami na głowie. Ci goście mieli styl: od Bergkampa, którego ostatnio tak pięknie opisywał w Kanale Sportowym Arkadiusz Milik, przez Davidsa z Seedorfem, aż po Sneijderów, Robbenów czy nawet Depayów. A przecież to ja postrzegam futbol od Bergkampa - starsi widzieli w telewizji co wyczyniał van Basten z Gullitem.
Wydaje mi się, że szalenie łatwo było się zakochać w ich wizji, w ich standardach, w ich powtarzalności. Co prawda Holandia rzadko cokolwiek wygrywała, to się nie zmieniło do dzisiaj. Rzadko pozostawiała po sobie uczucie w pełni zrealizowanego potencjału - wystarczy wspomnieć nawet tę świeżą historię Ajaksu w półfinale Ligi Mistrzów. Chłopcy, młodzi, wybiegani, pełni pasji, ambicji, umiejętności i potencjału, ostatecznie odpadli w kuriozalnych okolicznościach z Tottenhamem. Z TOTTENHAMEM. Po golu Lucasa Moury. Nie po golu Maradony, nie po golu Ronaldo, Messiego czy chociaż Mbappe. Po golu Moury.
Czy to nie jest to słynne DNA Holandii? Cruyff ma w gablocie zbudowanie z pięciu wielkich klubów taśmowo zdobywających trofea - bo przecież można przypisać jego wpływom sukcesy i Ajaksu, i Barcelony, a potem też sukcesy ludzi zarażonych jego podejściem do gry z Guardiolą na czele. Zbudował setki zawodników, dziesiątki trenerów, kilka reprezentacji i klubów, zostawił po sobie taką spuściznę jako zawodnik, trener i filozof, że trudno w ogóle wskazać kogokolwiek na tym poziomie wpływów w futbolu - chyba tylko trenera stulecia według FIFA, jego mentora Michelsa. Ale w tej najważniejszej gablocie nie ma ani jednego złota - "tylko" wicemistrzostwo świata i brąz na Euro. Nic więcej.
Ten brak "kropki nad i" to przecież refren holenderskiej piłki. Gdy pierwszy raz mnie urzekli swoją grą, swoimi strojami, nazwiskami i prezencją, skończyło się na Claudio Taffarelu, z perspektywy historii piłki człowieku niemal anonimowym - ale do dziś pamiętam, że ten bramkarz Atletico Mineiro wyjął strzały dwóch Holendrów i tyle z finału mundialu dla złotej generacji Holendrów. Znów, nie pogrąża cię żaden Zidane czy inny Ronaldo - wybijasz sobie zęby na gościu, co grał w Reggianie i Galatasaray. A Euro 2000, rozgrywane zresztą w Belgii i Holandii? Euro 2004? Finał mundialu, gdy Holandię dziabnęła Hiszpania? Mógłbym tak wymieniać cały dzień, bo każdą z tych porażek przeżywałem jako kibic reprezentacji Holandii, skazany na bycie rozjeżdżanym przez Taffareli, Mourów czy Sergiów Romerów tego świata.
Ale to nawet nie jest największy ból. Największy ból pojawia się dopiero później, w latach dynamicznego rozwoju futbolu, wraz z dynamicznym rozwojem jego taktycznej, analitycznej i statystycznej strony. Ustalmy: do momentu, gdy Johan Cruyff był w stanie pisać felietony i udzielać wywiadów, konsekwentnie krytykował Holandię za odejście od doktryny. Zresztą, nawet gdy Cruyff odszedł, jego idee przetrwały, czego najlepszym dowodem zmasowana krytyka wobec Ronalda Koemana, między innymi po meczach Holandii przeciw Polsce.
Holandia odkąd pamiętam, z naprawdę niewielkimi przerwami, gra to swoje 4-3-3, ma swoich nieszablonowych i kreatywnych piłkarzy w środku pola, nieco szalonych dryblerów na skrzydłach. Wszyscy świetni technicznie, wszyscy dobrze czujący się z piłką przy nodze. Holandia odkąd pamiętam polega na swoich ludziach - łącznie z tym, że Ajax bardzo długo nie mógł się pogodzić z faktem, że nie da się już robić mocnego europejskiego klubu bez wydawania dziesiątek milionów euro na wzmocnienia składu. To dość bolesne, że przez lata zarzucania im odchodzenia od doktryny, zarzucania, że próbują zmian taktycznych, że kluby już inaczej prowadzą swoją politykę, jednocześnie zdawała się cierpieć przez bardzo powolną adaptację do zmian. Świat ogarnął gegenpressing, ogarnął efektywną grę z wahadłowymi, świat poznał uroki dobrze rozpracowanych stałych fragmentów gry i fakt, że czasem najlepszym rozwiązaniem dla skrzydłowego nie jest założenie dziurki obrońcy, ale cofnięcie do bocznego obrońcy, by on zagrał dalej po koronie.
Holendrzy zdawali się w tym czasie dreptać w miejscu, uwięzieni między wiernością własnym ideałom, a trudnościami związanymi z rewolucją, czy choćby ewolucją. Może dlatego, jako konserwatyście, było mi ich aż tak bardzo żal. Gdy próbowali czegoś innego, bardziej doświadczeni rywale bez trudu radzili sobie z ich eksperymentami. Ale gdy nie próbowali niczego innego - kończyło się jeszcze gorzej.
Dlatego co dwa lata to Holandii jestem najbardziej ciekawy - nawet wówczas, gdy turniej odbywa się z udziałem Polski. Tym razem śledziłem nawet ich sparingi, zwłaszcza pod kątem tej świętej tradycji oburzania się, że Holandia gra mało holendersko. Ach, cóż to były za przygotowania. Po opędzlowaniu tej naszej, polskiej grupy, czyli przepchnięciu Finów, Polaków i Litwinów, Koeman dostał cztery mecze na przygotowanie Oranje pod mundial. Mieliśmy tutaj prawdziwe holenderskie bingo. Zaczęło się bowiem obiecująco - wygrywasz z Norwegią 2:1, ale robisz to w mało holenderskim stylu. Niższe posiadanie piłki, ale ile konkretów - rywal dwa razy uderza w światło bramki, Ty montujesz ponad 2,00 gola oczekiwanego, przy 14 uderzeniach (w tym 5 celnych). Po przerwie, gdzie od 51. minuty Norwegowie gonią wynik, trzymasz przeciwnika w szachu - tylko jeden strzał przez całą połówkę, a przecież to rywal prowadził grę, czego efektem prawie 60% posiadania piłki w II połowie.
No to co, lecimy, Holandia nauczyła się elastyczności, co? Nie. Z Ekwadorem absolutnie wymęczony remis, gdzie od 12. minuty grasz jednego mniej. Holenderscy eksperci - a więc całe zastępy byłych piłkarzy pamiętających, jak Holandia tłamsiła kolejnych rywali (sprawdzić, czy nie półfinał wielkiej imprezy) - grzmią: tylko biegaliśmy za piłką! 29% posiadania piłki, 0,12 xG. Rety. Trudno mi nawet dotrzeć do konkretnych wypowiedzi Gullita i van Bastena - bo ilekroć takowych szukam, znajduję ich krytykę van Dijka czy de Jonga z 2022, 2023, 2024 i 2025 roku. Ale okej, tam tak ułożył się mecz, czerwona kartka, te sprawy. Holandia na pewno nie jest aż tak słaba, a przede wszystkim - na pewno nie jest naiwna. Koeman ma naprawdę dużo czasu jako selekcjoner, więc gotowy produkt będzie wyśmienity.
0:1 z Algerią. W najbardziej typowym holenderskim stylu - trzy razy więcej celnych strzałów, cztery razy większe xG, no ale w dupala z ekipą, która nie jest raczej Hiszpanią ani Anglią. Wreszcie próba generalna, Uzbekistan. 2:1 po dwóch karnych Gakpo. Zwycięstwo wyszarpane w samej końcówce, gdy Holandia zresztą znowu grała w dziesiątkę. Skoro już zawierzyłem Flashscore'owi w poprzednich meczach, teraz też jego dane: xG 4,62 do 0,98, Uzbekistan z jednym celnym uderzeniem przez 90 minut. Idealny mecz na pokazanie, jak trudno jest być wiernym doktrynie, ale i nowoczesnym, elastycznym, zdolnym do rozjeżdżania rywali.
Byłem cholernie ciekawy tego meczu z Japonią, dalej jestem cholernie ciekawy całego turnieju. Bo Holandia wczoraj zagrała typowo holenderską hybrydę. Z jednej strony mieliśmy te próby pragmatycznego grania, które już jutro w mediach wyśmieją van Basten, Gullit, Rijkaard, może też Sneijder, van Persie i Blind. Virgil van Dijk wybijający piłkę z piątki gdzieś daleko na lewego skrzydłowego, to rzecz, której nie miałem w swoim bingo. Podobnie nieoczekiwane jest zagranie niezgodnie z klasycznymi holenderskimi rycerskimi ideałami - bo co to za frajda wywalczyć przewagę w powietrzu nad niziutkimi Japończykami i próbować wyłącznie po wrzutkach i strzałach głową. Ale jest i druga strona medalu. Holandia nadal jest na tyle naiwna, że ci nizutcy Japończycy wklejają gola głową. Na tyle naiwna, że dwa razy traci zdobyte prowadzenie. Na tyle nieskuteczna, że obie kapitalne próby Malena zamiast ucieszyć Amsterdam, pompują wartość Ziona Suzuki.
Było w tym trochę, może nawet więcej niż trochę Holandii, w której się zakochiwałem. To zejście Crysencio Summerville'a, nazywającego się, wyglądającego i posiadającego uczesanie typowego holenderskiego idola ze starych, dobrych czasów, wzbudziło we mnie nagłą potrzebę zagrania w Football Managera West Hamem. Ta przeszywająca piłka do Malena na samym początku - cud, miód. Dwa, trzy slalomy Gakpo między Japończykami - ach, westchnienia do Robbenów i Overmarsów.
Natomiast finalnie jest 2:2. Na razie nie ma energii Marokańczyków, jakości Niemców. Jest roześmiany Koeman na koniec meczu, co nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. Przed nimi mecze ze Szwecją czy Tunezją, ale myślę, że generalnie przed Holandią o wiele większe wyzwania niż jeden czy drugi mundialowy mecz. Bardzo chciałbym wierzyć, bardzo chciałbym mieć taką moc, by okazało się, że Holandia nadal może cofnąć się o 50 lat, hołdować tym samym ideałom co przed 50 laty, bazować na tych samych betonowych boiskach, na tych samych talentach z wiosek na nizinach, z Surinamu, Curacao, z Antyli oraz prosto z amsterdamskich szkółek piłkarskich. A mimo to wygrywać.
Pewnie tak się nie da. Ale kibicowanie Holandii to przede wszystkim wiara, że jest inaczej.