Mundial 2026 - Dziennik Jakuba Olkiewicza #7

Jedną z najlepszych puent jeśli chodzi o albumy koncepcyjne popełnił moim zdaniem Mike Skinner na kultowym "A grand don't come for free", albumie wydanym jako The Streets w 2004 roku. Cała historia ciągnąca się przez dziesięć utworów to kilka dni z życia typowego angielskiego młodego mężczyzny - jest zepsuty telewizor, są awantury z partnerką, jest hazard i jest alkohol. W ostatnim kawałku mamy dwa różne epilogi tej historii - oba rozpoczynają się w ten sam sposób, od telefonu przyjaciela. W jednym wypadku podmiot liryczny ignoruje kolegę, obrażony na cały świat, w drugim - korzysta z jego pomocy.

Zachęcam do przeczytania, a najlepiej wysłuchania całej historii samemu, nie będę tutaj też zdradzał zbyt wielu spojlerów, natomiast oglądając mecz Urugwaju z Arabią Saudyjską, ale tak naprawdę Marcelo Bielsy z futbolowymi złodziejaszkami, czułem się dokładnie jak w tej historii od The Streets.

Początek jest bowiem taki sam. Mamy rozstawioną wielką scenę, największą spośród dostępnych. Toczy się przecież mecz Mistrzostw Świata, grany jest najważniejszy i najbardziej prestiżowy piłkarski turniej. Marcelo Bielsa, ewidentnie jako podmiot liryczny, wchodzi na scenę już trochę jako mem. Bielsismo, opracowana przez argentyńskiego szkoleniowca ideologia futbolu zainspirowała setki trenerów, ukształtowała piłkarsko tysiące zawodników. Ale dziś Bielsa ma 70 lat, jego charyzma, postawa oraz zacięcie taktyczne nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś. Nie zabrał na mundial Luisa Suareza, a zarówno styl, jak i wyniki reprezentacji Urugwaju nie gwarantują nestorowi piłkarskiej filozofii immunitetu na krytykę. Gra nie tylko o zwycięstwa, gra o podtrzymanie własnej legendy, gra o to, by nie stać się kolejną wielką pomnikową postacią, która przeoczyła swój moment na odebranie pamiątkowych dyplomów, odsłonięcie pamiątkowych tabliczek i pozostawienie odcisku stopy w jakiejś galerii piłkarskich sław.

Po drugiej stronie sceny jest Arabia Saudyjska, rywal niewygodny, doświadczony na dużych turniejach, który w dodatku już nie raz dał się poznać jako ofiarnie broniący dostępu do własnej bramki - czasem korzystając ze wszystkich dostępnych środków, łącznie z tymi, nazwijmy to, nieoficjalnymi. Gdy trzeba się położyć na murawie o te kilkanaście sekund dłużej niż wymagana interwencja fizjoterapeuty, to doświadczony Saudyjczyk bez wątpienia to uczyni.

Chłopaki Bielsy biegają, tak jak wymaga od nich mentor, próbują atakować, bo przecież mentor powtarza, że tylko taka postawa ma sens i moralne uzasadnienie. Ale gola strzela Abdulelah Al Amri, występujący w Al-Nassr, oczywiście po rzucie rożnym, bo jak inaczej. Arabia Saudyjska zadowala się tym golem w pełni i rozpoczyna długi, żmudny, ale konsekwentny proces zabijania meczu. Urugwaj próbuje odpowiedzieć, atakuje, tworzy sytuacje, prowadzi grę. Jest jakiś strzał w słupek, jest jakiś wolny tuż przed polem karnym. Ale minuty mijają w zastraszającym tempie. Jeden z Saudyjczyków wiąże buta przez pół minuty, drugi celebruje wyrzut z autu, jakby właśnie dostarczał ważne wojskowe rozkazy do samego cesarza Nilfgaardu.

Plaga skurczy u Saudyjczyków, nagle jeden po drugim potrzebuje naciągnięcia któregoś z mięśni. Wykonywanie rzutu rożnego zamienia się w show tak rozwlekły i tak napakowany zbędnymi ruchami, że na myśl przychodzi zmiana warty pod Zamkiem Praskim. Czas mija. Czas ucieka. Arbiter obserwuje bezradnie jak Al Owais łapie piłkę w ręce, przytula ją do klatki piersiowej i pada na murawę, z której nie podnosi się przez kilka dobrych sekund. Wyrzuci piłkę gdzieś daleko przed siebie dopiero kilkanaście sekund później, znów zabierając jakiś procent z tej świętości Marcelo Bielsy, jaką jest czas meczu futbolowego.

Ostatecznie Urugwajowi brakuje czasu, ataki są zbyt paniczne, akcje urywają się, plątają, mecz jest na tyle szarpany, że napastnikom udziela się atmosfera ogólnej nerwowości. Zamiast spokojnie realizować ofensywny plan swojego trenera, włóczą się gdzieś pod polem karnym, spoglądając z rezygnacją na kolejnych kradnących czas rywali. Mecz kończy się zwycięstwem 1:0, które Saudyjczycy fetują ponad leżącymi na murawie piłkarzami Urugwaju. Marcelo Bielsa wchodzi w fazę znaną doskonale każdemu z filozofów - w fazę bycia wyszydzanym na ulicach i zapomnianym jako głupi naiwniak.

Tu pojawia się odgłos cofanej magnetofonowej taśmy, dokładnie jak w "Empty Cans" The Streets. I wracamy do momentu gola dla Arabii Saudyjskiej. Urugwaj faktycznie ruszył do ataku, faktycznie był słupek, były świetne interwencje Al Owaisa, był ciągły atak na jego bramkę. 22 strzały podopiecznych Bielsy w 45 minut, 12 rzutów rożnych. Zamknięcie rywala w takim kotle, że Flashscore wyliczył saudyjskim piłkarzom zaledwie 78 podań w całej II odsłonie. Ale czas mijał o wiele, wiele wolniej niż w analogicznych sytuacjach jeszcze parę miesięcy temu. Nikt się nie kładzie, żaden bramkarz nie pajacuje, wyrzuty z autu są płynne, tak samo jak pozostałe wznowienia. Zmiany w przepisach, a może po prostu: cywilizacja dotarła do świata piłki. Nie trzeba było kombinować z zatrzymywaniem czasu, ze skracaniem czy wydłużaniem czasu gry. Wystarczyło wziąć się za cwaniaków. I nie chodzi tutaj w żadnym wypadku konkretnie o piłkarzy Arabii Saudyjskiej, a po prostu - zbiorowego bohatera negatywnego w epopei futbolowej, uniwersalny gang bandytów, którzy kradli nam po trzydzieści, czterdzieści, czy nawet siedemdziesiąt minut z meczu.

Gol dla Urugwaju, gol dla Bielsy strzelił Araujo w dokładnie 80. minucie gry. Nie jestem w stu procentach pewny, ale biorę to za bardzo, bardzo prawdopodobne: na stare by nie wpadł. Ze starym zestawem przepisów, który pozwalał na karykaturalne wydłużanie każdej pauzy w meczu, Araujo mógłby się nie wyrobić, Urugwaj mógłby się nie wyrobić, Bielsa mógłby nie zdążyć wpuścić zmienników i wpłynąć na nich na tyle, by nie zejść z boiska pokonanym.

Dopiero teraz, na mundialu, gdy widzimy, że można inaczej, dociera do nas, jak bardzo rwane widowiska czasem są nam fundowane. Jak niewielka jest zawartość piłki nożnej w tym produkcie, który finalnie ląduje nam często na talerzach. To naprawdę ujmujące, jak prosta odpowiedź leżała na stole. Ta charakterystyczna wyciągnięta dłoń sędziego, najpierw pokazująca pięć, potem cztery, a wreszcie trzy palce - jak jakaś czarodziejska inkantacja, po której wyganiamy z futbolu złe duchy. I jak przy każdym wielkim wynalazku człowieka od razu te oczywiste pytania: czemu na to nie wpadliśmy wcześniej, czemu z tego nie korzystaliśmy, gdy futbol bywał bezlitosnie mordowany kolejnymi wizytami na murawie lekarzy i fizjoterapeutów, próbujących udawać interwencję przy łydkach leżącego bramkarza.

Czekałem na taki dość oczywisty mecz, wiedziałem, że nadejdzie bardzo szybko. Po jednej stronie zespół mocno zainteresowany grą w piłkę, po drugiej taki, który najchętniej po strzeleniu gola piłkę by schował gdzieś pod tapczanem i stwierdził, że w takim razie nie ma jak kontynuować gry. Wiadomo, że w starciach typu Curacao - Niemcy czy nawet Hiszpania - Republika Zielonego Przylądka żadna kradzież czasu by nie raziła - uchodziłaby raczej za próbę przetrwania zawieruchy. Ale w meczu dwóch rywali, którzy mierzą w ten sam cel, jakim jest wyjście z grupy? O różnym potencjale, jasne, ale bez przepaści jak w przypadku Vozinhy i Lamine Yamala?

Wiedziałem, że będę wtedy z całego serca kibicował tym bijącym głową w mur, że będę z całego serca za tymi, którzy próbują płynnie, podaniami, dryblingami czy nawet wrzutkami, ale jednak - zagrozić bramce rywala, a nie tylko obsłudze medycznej, która byłaby skazana na wielokrotne sprinty do "kontuzjowanych" graczy. Ale kurczę, jakie to szczęście, że całość przydarzyła się właśnie Marcelo Bielsie. Trenerowi, który trofea zdobywał jeszcze w czasach przedwiecznych, a w ostatniej dekadzie wsławił się głównie wiecznymi kłótniami z działaczami, pozbawionymi wyrozumiałości dla jego, momentami dość wyrafinowanych, potrzeb. W Marsylii zrezygnował po pierwszym meczu nowego sezonu, w Lazio po dwóch dniach, w Lille po jednej rundzie. Po długiej i w miarę udanej przygodzie z Leeds, ruszył z powrotem na selekcjonerski szlak.

W Urugwaju jak dotąd najbliżej sukcesu był dwa lata temu, na Copa America. W półfinale pół meczu grał w przewadze jednego zawodnika, cisnął, atakował, ale przegrał 0:1. Brąz był w porządku, ale apetyty były o wiele większe. Przez eliminacje przebrnął na czwartym miejscu - wprawdzie przed Brazylią, ale za Ekwadorem i Kolumbią, bardzo daleko za plecami Argentyny. W dodatku krytykowane są jego powołania, relacje z liderami, nawet przestarzałe podejście taktyczne czy brak elastyczności.

Nie jest łatwo być filozofem. Nie jest łatwo być piłkarskim filozofem, wyznającym intensywność w świecie, gdzie każdy trener może intensywność zastrzelić sprytną serią instrukcji dla swojego bramkarza i sztabu fizjoterapeutycznego. Nie jest łatwo być piłkarskim filozofem po 70. roku życia i nie jest łatwo być piłkarskim filozofem, który nie zabiera na mundial jednego z najlepszych piłkarzy w historii kraju.

Ale może. Tylko "może"!

Może jest odrobinę łatwiej być piłkarskim filozofem, gdy arbiter odlicza te kilka sekund przy autach, wybiciach od bramki, wylegiwaniu się na murawie i za linią końcową.