Bałem się tego dnia. Był to lęk zupełnie inny, niż ten, który towarzyszy mi zazwyczaj. Boję się regularnie: boję się, że ŁKS nadal będzie taki, jak jest przez dużą część swojej historii, boję się, że ja jak zawsze w najważniejszych piłkarskich momentach (za chwilę gramy baraże) zagram jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Boję się o zdrowie wszystkich wokół i siebie samego, boję się o klimat, politykę, demografię i czy zawsze będę miał tak fajną robotę jak obecnie.
Ale to wszystko są lęki oswojone, lęki stałe, lęki powracające za każdym razem, gdy w gonitwie dnia codziennego, pośród setek drobnych zadań do realizacji, mam możliwość pomyśleć, co się może za moment zesrać. Dobrze wiem, co się może zesrać, wiele razy też przeżywałem moment, gdy się faktycznie taki scenariusz dokonał i trzeba było się po nim podnieść. Wiem, co mi realnie grozi, wiem, jak będzie bolało, zdaję sobie sprawę, jak będzie przebiegała rehabilitacja po tym otrzymanym ciosie.
A tego dnia bałem się inaczej. Gdy to teraz analizuję, chyba brakowało mi po prostu wyobraźni, która stanowi najlepsze źródło oswajania lęków. Weźmy taki wślizg na wysokości kolan. Widzisz, że rywal sunie w twoją stronę i już nie uciekniesz. Wyobraźnia momentalnie podpowiada: zerwanie więzadła krzyżowego, operacja kilkanaście tysięcy złotych prywatnie, na NFZ pewnie za parę miesięcy przy pomyślnych wiatrach, potem żmudna i kosztowna rehabilitacja, w międzyczasie frustracja i w efekcie toksyczne zachowania w życiu prywatnym, ale z drugiej strony jak będę w pełni sił, to wciąż jeszcze raczej przed czterdziestką, więc i zdążę pograć w piłkę, okej, jestem gotowy.
Cyk, wślizg minął kolano, rozorał mi tylko łydkę, mięso na wierzchu, ale bałem się najczarniejszego scenariusza, a w międzyczasie się jeszcze na ten najczarniejszy scenariusz przygotowałem. Jakaś powierzchowna rana mnie nie rusza, rozbiegam, wieczorem plaster i będzie gitówa. Znów się udało.
Tutaj? Tutaj nie było nawet za bardzo możliwości wykreślania scenariuszy. Na mundial jedzie 38-letni Lionel Messi, który właśnie znajduje się w swojej "wesoła emerytura era". W Interze Miami uczy lokalsów czym jest spalony, jak wykonuje się rabonę, a jak la croquetę. W tym sezonie 13 goli i 7 asyst w 16 meczach, liczby jak w swoich rekordowych sezonach. Towarzyskie mecze kadry? 3 gole i 3 asysty w 5 meczach, a z taką Islandią gola strzelił pomimo zaledwie 20-minutowego występu. Ubiegły sezon MLS? 34 mecze i jakieś absurdalne osiągnięcia: 35 goli, 23 asysty, w tym oczywiście dwa ostatnie podania w wygranym 3:1 finale z Vancouver. W gablocie przybył kolejny tytuł, tym razem pierwszy MLS-owy triumf Interu, w którym Messi zagrał główną rolę, od pierwszych do ostatnich aktów tej sztuki.
Szukanie pocieszenia? Chyba tylko w tym, że MLS nie postrzegam wciąż jako ligę równie poważną, co te europejskie. Ale to było tylko przekonywanie się dzieciaka zagrożonego z trzech przedmiotów, że przecież mogło być gorzej, a mama na pewno z wywiadówki wróci uspokojona, że poprawiłem chociaż plastykę na dwójkę.
Bałem się, co wywinie Messi. Ale bardziej bałem się, co zrobi Ronaldo. On też trochę nastrzelał, ale jak zwykle - nie bez udziału rzutów karnych. Wygrał tytuł z Al-Nassr, w ostatnim meczu rozgrywek ładując dwie sztuki, ale to w sumie tyle. Azjatycka Liga Mistrzów? W trąbę w finale z Osaką, w czterech występach w tych rozgrywkach zaledwie 1 gol i 1 asysta. Puchar Króla? Odpadnięcie już w 1/8 finału, 90 minut bez gola. Superpuchar? Finał przerżnięty z Al-Ahli, mimo gola Ronaldo z karnego. W kadrze? Z Irlandią dostał czerwoną kartkę, z Armenią pauzował - tak skończyły się eliminacje do Mistrzostw Świata. Potem dwa towarzyskie mecze odpuścił z uwagi na uraz, na ostatnim zgrupowaniu już przed samym turniejem zagrał 110 minut i nie strzelił gola ani Chilijczykom, ani Nigerii. Ostatni duży występ to chyba 2:2 z Węgrami i jego dwa gole. Wyszła mu też Liga Narodów w 2025 roku, gdzie Portugalia wygrała całość - w finale Ronaldo strzelił bramkę na 2:2. Natomiast sumarycznie - nie ma tu nawet grama geniuszu, jaki w międzyczasie odstawiał Messi w MLS.
Można oczywiście zapuścić się gdzieś daleko w analizy i sprawdzić, kto gra w silniejszej lidze, kto ma silniejszych rywali, kto ciężej pracuje na przestrzeni pełnych 90 minut, natomiast mam wrażenie, że to didaskalia. Bardziej chodzi o to, że mistrz świata, zwycięzca Copa America, wielokrotny triumfator wszystkiego, co daje możliwość triumfu, jedzie na turniej ze statystykami GOATa. A Cristiano Ronaldo po prostu jedzie na turniej.
Dlatego właśnie, jako odwieczny, wierny i czasem wręcz skazany na beznadziejną walkę w jego obronie ronaldziarz cholernie bałem się Mistrzostw Świata w 2026 roku. Ronaldziarz wiedział - już w 2022 roku po prostu przegraliśmy. Tamten turniej CR7 kończył jako mem - strzelał z każdej pozycji, strzelił zaledwie jednego gola, jego Portugalia odpadła z Maroko już w ćwierćfinale. Messi z kolei pierdyknął luźne 7 goli, w tym dwa w finale, dorzucił trzy asysty i dociągnął swój kraj do zwycięstwa w całej imprezie, de facto kończąc dyskusję o tym, kto jest największym piłkarzem w historii. Pod kątem rywalizacji Messiego z Ronaldo - po turnieju w 2022 roku nie było co zbierać. Pod kątem rywalizacji Messiego z Maradoną, Pele czy innym Ronaldo - wreszcie Argentyńczyk postawił tę kropkę nad i - tak się składa, że kształt Pucharu Świata nawet trochę przypomina tę literę.
A przecież później były jeszcze turnieje w 2024 roku. Messi znów se wygrał, tym razem Copa America po finale z Kolumbią. Ronaldo z kolei spudłował karnego, łącznie oddał jakoś ponad 20 strzałów i nie zdobył ani jednej bramki, a Portugalia wyleciała z turnieju po ćwierćfinałowej porażce z Francją.
Ech. Życie ronaldziarza nie jest najłatwiejsze, powie wam to każdy z nas, kto długie lata spędził na deprecjonowaniu argentyńskiego czarodzieja i pompowaniu portugalskiego maestro. Z każdym kolejnym rokiem, z każdym kolejnym turniejem i jedno, i drugie stawało się coraz trudniejsze. Coraz ciężej było przekonać samego siebie, że warto łamać prawa logiki, warto zaprzeczać matematyce i wszystkim pięciu zmysłom - mianowicie warto powtarzać sobie, że gra Messiego śmierdzi, a Ronaldo pachnie, że Messi wygląda źle, a Ronaldo fenomenalnie, że Messi swoim futbolem przypomina gitarzystę rzympolącego jakieś durne melodie, a Ronaldo wchodzi w buty samego Mozarta.
No nie, zmysły protestowały, zmysły powoływały się na logikę, zmysły wzywały w sukurs noty na Flashscorze i klasyfikacje strzeleckie. A nam, ronaldziarzom, pozostawało czekać na smutny wyrok.
Ten nadszedł, jak wiele okrutnych wyroków, w nocy. Pisałem sobie spokojnie wczorajsze teksty, jednym okiem zerkając na Argentynę. Hej, czemu oni mu zostawili tyle miejsca? Hej, ja przecież widziałem konsekwencje zostawiania mu tak wielkiej połaci przestrzeni. Hej, Algierio, co ty robisz. Puff. 1:0. Strzelił Messi. W przerwie poszedłem spać, obudziłem się rano i od razu chwyciłem za telefon. Mózg podpowiedział: a może się odkuli, Algieria miała przecież nawet fajne akcje, był też ten gol ze spalonego. Najpierw otwarta zakładka wyniki, no niestety, 3:0.
- Ale może strzelił ktoś, kogo lubię, Lautaro, albo inny Taglafico.
A gówno. Messi na 2:0. Przewijam niżej już wiedząc. Jasne, że na 3:0 też.
Wiedziałem, że nie jestem jedynym człowiekiem na świecie, który to sprawdził, wiedziałem, że na Twitterze na pewno są już ze dwa tweety Stana, jednego z największych fanów Messiego na całym globie. Wiedziałem też, że Ronaldo na pewno oglądał, z mocno zaciśniętymi pięściami i szczęką, że już planował, jak sam strzeli cztery i tym samym znowu wyskoczy ponad swojego rywala. I wiedziałem też, że ten występ Messiego utrudnia i tak skomplikowaną sytuację mojego wielkiego idola.
Chłop ma 41 lat. Nie jest w wybitnej formie. Otaczają go mordeczki, dla których jest największym autorytetem, chłopaki, którzy będą woleli sobie odjąć gola od ust, żeby dać Legendzie. Będą na niego grali, choćby nie wiem co. A on będzie sytuacje marnował, bo nie tylko ma 41 lat, ale też w Portugalii już sporo rzeczy skasztanił. Gdy teraz dodatkowo wjedzie mu na baniak świadomość, że Messi zaliczył hat-tricka...
Przez cały dzień czekałem tylko na wyrok - słabiutki występ Ronaldo. Najbardziej bałem się, że znowu będzie się pchał do wszystkich wolnych i karnych, a potem np. spudłuje z jedenastu metrów. To się na szczęście nie stało, ale los jak zwykle znalazł nowy sposób, by zaśmiać mi się w twarz. Rozczarowujący remis z Demokratyczną Republiką Konga już brzmi jak męka dla każdego ronaldziarza?
- Hej, a czy tym wielkim ronaldziarzem z miasta Łodzi, który co turniej pisze naiwne kawałki o arcymistrzu z Madery, nie jest czasem kibic ŁKS-u? Hehe, rzućcie tam Kapuadiego, niech on zatrzyma Ronaldo.
Piłkarscy bogowie postanowili pokazać mi, że lęk przed nieprzewidzianym nadal jest najgorszym z lęków. Na część spośród spotykanych na życiowej drodze nieszczęść jesteś w stanie się choćby szczątkowo przygotować.
Będąc fanatykiem Ronaldo i antyfanem Messiego nie jesteś w stanie być dostatecznie gotowy. Możesz tylko zastanawiać się, jak wielka będzie przepaść. Tym razem to 3 gole jednego i wyłącznie z gry m.in. przez piłkarza Widzewa u drugiego.
*
Chorwacja też przegrała. Co za czarny dzień dla moich sympatii piłkarskich. Na szczęście już jutro Teofilek świetnie poradzi sobie w pierwszym z meczów barażowych o ligę okręgową, prawda? PRAWDA?