Mundial 2026 - Dziennik Jakuba Olkiewicza #9

To nie był jeszcze rozszerzony mundial, to nie były jakieś gigantyczne Mistrzostwa Europy, na które jedzie pół kontynentu, a i wychodzi z grupy tak liczna ekipa, że zdarza się zagrać w fazie pucharowej nawet Polakom. To były normalne, pełnoprawne, oparte na bardzo zaciętej rywalizacji wielu równorzędnych rywali eliminacje. By daleko nie szukać - Portugalia zajęła wówczas drugie miejsce w grupie i była zmuszona grać w barażach, Polacy ustąpili nie tylko Anglii, ale też Ukrainie i Czarnogórze, turniej ominął Serbów, Duńczyków, Czechów, przedostatnia w swojej grupie była Walia.

Tak, pomogło wówczas Bośni i Hercegowinie korzystne losowanie. Grupa z Grecją, Słowacją, Litwą, Łotwą i Liechtensteinem nie brzmi jak wyzwanie, ale pamiętajmy, że to wciąż było państwo, które nigdy nie miało okazji kopnąć piłki na jakiejkolwiek większej imprezie. Przetasowania na Bałkanach w latach dziewięćdziesiątych urodziły jedną piłkarską potęgę, ale była to posiadająca długie tradycje Chorwacja, operująca talentami wychowanymi w Dinamie Zagrzeb czy Hajduku Split. Z miejsca biało-czerwoną szachownicę przywdziały gwiazdy europejskiej piłki, które błyszczały już jako reprezentanci Jugosławii, wówczas jeszcze dzielący szatnię z Serbami czy Czarnogórcami.

Bośnia i Hercegowina po wyniszczających i traumatycznych zdarzeniach z przeszłości piłkarsko była na dnie - a kraj mieszczący u siebie trzy skonfliktowane grupy etniczne miał o wiele pilniejsze potrzeby, niż budowa futbolowego imperium. Dogasające po makabrycznym oblężeniu Sarajewo latami nie potrafiło nawet wyremontować zdewastowanych wojną budynków, a co dopiero myśleć o rozwoju tak nieistotnej rzeczy jak drużyna piłkarska.

Ale wtedy, w eliminacjach do Mistrzostw Świata w 2014 roku, jakoś się udało. 25 punktów Dżeko, Pjanicia i kolegów wystarczyło do wygrania grupy, lepszym bilansem meczów z Grecją. Zresztą, to awans z każdej strony zasłużony - choć i Bośniacy, i Grecy nałapali po 25 punktów, to Bośniacy strzelili 30 goli - przy ledwie 12 trafieniach wicelidera tej grupy.

Awans na pierwszą wielką imprezę od momentu wywalczenia niepodległości stał się faktem. Bośnia i Hercegowina w 2014 roku poleciała na Mistrzostwa do Brazylii i poleciała w takiej atmosferze, jakby jej czyny opiewał sam Włodzimierz Szaranowicz.

Jak to było w tej legendarnej przemowie, gdy mistrz słowa z Telewizji Polskiej żegnał Adama Małysza? "Zaczynał jako idol kryzysowy", "ambasador wspaniałego skoku cywilizacyjnego do Europy"? Tak to jest, że sport nierozerwalnie wiąże się z historią państwa, z historią regionu. I tak jak Adam Małysz wprowadzał nas do Europy, tak spektakularny i bezprecedensowy awans Bośni i Hercegowiny na mundial postrzegano jako wyjątkową szansę dla podzielonego państwa.

Państwa, które ma trzech prezydentów, dzieli na trzy wszystkie urzędy, niemal każdą decyzję podejmuje w wyniku kompromisu między trzema głównymi siłami, a na ulicach porozumiewa się w co najmniej trzech językach. Robią to oczywiście wyznawcy trzech religii. Boszniacy, Serbowie i Chorwaci mają w ramach Bośni i Hercegowiny tak szerokie prawo do zachowywania swojej odrębności, że kompletnie nie dziwią ciągłe tarcia, pozostające zresztą o tyle żywe, że nie ma ludzi pozbawionych traumatycznych historii rodzinnych z końca XX wieku.

Ten awans miał być symbolem i wzorcem dla mieszkańców Bośni i Hercegowiny. Spójrzcie, prawosławny Serb Misimović i urodzony w chorwackim Dubrowniku Spahić grają razem z Dżeko i Pjaniciem ku chwale wspólnego państwa, nawet jeśli nadal niektórzy mieliby problem z użyciem wobec niego słowa "ojczyzna". Skoro współpraca serbsko-chorwacko-boszniacka jest w stanie doprowadzić Bośnię i Hercegowinę na mundial - to jak wielkie rzeczy są w stanie zdziałać w kwestiach gospodarczych, politycznych, w kwestii jakości życia? Zgoda - sami państwo zobaczcie, przecież jest transmisja z meczów - buduje. Niezgoda - sami państwo zobaczcie, przecież w Sarajewie to wciąż widać - rujnuje.

- No i co, Kuba, opowiedz, jak było, złapali się za ręce, zaczęli tańczyć i od tej pory niczym bracia Tachibana szli przez świat ramię w ramię, pokonując kolejne przeszkody na swej drodze? Czy zapanował pokój, czy zwyciężyła radość i przyjaźń, czy od tej pory wszyscy żyli szczęśliwie i dłużej niż ich ojcowie, wujowie i dziadkowie z lat dziewięćdziesiątych?

Niestety nie. Wspólny turniej nikogo oczywiście nie zjednoczył, zresztą już w trakcie imprezy bośniaccy Chorwaci kibicowali Chorwacji, a Serbowie, wobec tradycyjnej nieobecności Serbii, Rosji. Rzeczywistość jak zwykle dość twardo rozprawiła się ze światem narracji o sporcie działającym ponad narodowymi czy religijnymi sporami. To, co jednak chciałem podkreślić: w 2014 roku świat jeszcze lubił bazować na złudzeniach. Świat lubił robić dobrą minę, nawet jeśli wiadomo było, że gra do dobrych należeć nie będzie. Nie chcę mówić, że w 2014 roku po planecie chodziły milionami bandy naiwniaków i marzycieli, bo to byłoby po prostu niesprawiedliwe. Zwyczajnie: w 2014 roku niektórzy jeszcze wierzyli w pozory, wierzyli w to, że warto choćby w sferze gestów i symboli czasami postąpić jak bohater książki dla dzieci, a nie wytrawny biznesmen.

Gdy myślę o Bośniakach w 2014 roku i zestawiam to z obrazem, ale i narracją wokół Bośni i Hercegowiny na mundialu 12 lat później, dostrzegam przede wszystkim drogę, jaką przeszedł świat. Nie uważam, że dwanaście lat temu fiołki pachniały bardziej słodko, coca-cola niszczyła zęby w mniej inwazyjny sposób, a czipsy nie tuczyły. Ale uważam, że dwanaście lat temu więcej ludzi próbowało choćby udawać. "Próba choćby udawania" to moim zdaniem bardzo niedoceniany element życia. "Próbuj chociaż udawać, że tolerujesz moich znajomych" - mogłaby powiedzieć narzeczona rozczarowana ironicznym uśmieszkiem swojego partnera. "Próbuj chociaż udawać, że nie skoczymy sobie do gardeł" - mogli wówczas mówić bośniaccy politycy, wskazujący z ochotą, jak wielonarodowym tyglem jest tak naprawdę bośniacki futbol.

Przez 12 lat "próbuj chociaż udawać" zostało zastąpione przez "a chuj z tym". Na przykładzie Bośni i Hercegowiny widać to pewnie najmocniej - ledwie w zeszłym roku jeden z najważniejszych serbskich polityków został pozbawiony urzędu w wyniku wyroku Sądu Państwowego BiH. Wcześniej tenże serbski polityk, Milorad Dodik, wszedł w konflikt nie tylko z Bośniakami i Serbami, ale też przedstawicielami międzynarodowej społeczności, wciąż posiadającej w Bośni "Wysokiego Przedstawiciela", czyli rodzaj kuratora dla wciąż dość młodej bośniackiej demokracji. Ba, nie chodzi już nawet o to, że narastają napięcia pomiędzy Bośniakami i Serbami, że część Serbów z Republiki Serbskiej, czyli kraju wchodzącego w skład federacji Bośni i Hercegowiny widziałaby samych siebie raczej w granicach Serbii. Nie chodzi o te lokalne pożary, które wybuchają i gasną od początku istnienia niepodległościowych ambicji narodów na Bałkanach. Tym razem - co podaje między innymi Guardian - kłóci się Unia Europejska ze Stanami Zjednoczonymi o to, kto i w jaki sposób ma zostać Wysokim Przedstawicielem w Bośni i Hercegowinie, oraz oczywiście jaką politykę ma prowadzić.

Tak, ten spokojny i stonowany rozjemca, który miał być kimś na wzór mediatora pomiędzy zwaśnionymi narodami Bośni i Hercegowiny obecnie sam jest przedmiotem sporu dwóch potęg, latami idących ramię w ramię. Gdy USA i UE kłócą się o to, kto ma rządzić w Bośni - jest jasne, że nikt nie będzie zwracał najmniejszej uwagi na to, czy temperatura konfliktu między Serbami i Boszniakami zmalała czy też urosła.

Może też stąd brak złudzeń, brak zakreślonych z dużym rozmachem narracji o zgodzie, pokoju i reprezentacji, która łączy. Być może budżety na agencje marketingowe kreujące te opowieści zostały przeniesione w inne miejsca świata, i to przez obu protektorów obu stron tego bałkańskiego sporu?

Ale Bośnia to tylko jeden z przykładów jak coś, co kiedyś chociaż próbowano opakować w piękne słówka i idee, dziś jest podawane "raw", na surowo, nawet bez przypraw. Weźmy choćby zakaz udziału kibiców z kilku państw w meczach mistrzowskich, weźmy tego somalijskiego sędziego (dostał od UEFA finał Superpucharu Europy, ależ na linii UEFA-FIFA też musi iskrzyć), weźmy nierówne traktowanie Iranu, który ma zdecydowanie niższy komfort przygotowania się do swoich meczów, niż którakolwiek z 47 innych reprezentacji. No i moja wisienka na torcie, jeden z braci Gikiewicz, który jako komentator mówi: moim zdaniem ta przerwa na wodę jest niepotrzebna, przecież oni nie piją tej wody, nie jest wcale tak ciepło, jedna przerwa na wodę była nawet w deszczu.

To jest stopień niewinności, który znałem z tamtych starych turniejów, gdy faktycznie ludziom zależało na tworzeniu pozorów. Tutaj? Nawet organizatorzy, nawet FIFA, nawet poszczególne telewizje, działacze, piłkarze, trenerzy i eksperci nie udają, że przerwa na wodę jest czymś innym, niż przerwą na reklamy. Przestaliśmy się bawić w to całe pudrowanie, w ten make-up, w przekonywanie, że chamski skok na kasę wcale nie jest chamskim skokiem na kasę, tylko troską o graczy. Najbardziej zresztą w tej kwestii rozczulił mnie Gianni Infantino, który miał wparować do szatni Iranu i im przekazać słowa wsparcia, że zdaje sobie sprawę, że jest im ciężko i że trzyma za nich kciuki.

Nieźle, skoro nawet szef tego całego pierdolnika stwierdza, że wystarczą trzy zdania gdzieś pod kiblem i zaliczone, pora na bankiet z oficjelami. A gdzie tu wielka machina napędzania wiary, że mundial zjednoczy Bośnię, że zabliźni rany między Iranem a USA (1998, pamiętacie?!), że wszystko będzie pięknie, cudownie, słodko i bez nienawiści?

Sam nie wiem, czy ta bezczelna szczerość, to bezwstydne "nie mamy waszych płaszczy" to zmiana na lepsze, czy na gorsze. Niby gorzka prawda jest lepsza niż słodkie kłamstwa. Niby.